Często myślę o O. Dzisiaj nie rozmawiamy już tak wiele jak dawniej. Nie piszemy do siebie długich elaboratów, nie mamy miliarda wspólnych tematów, szczerze mówiąc dzisiaj już są takie miesiące, w których nie zamieniamy nawet jednego słowa.
Szukając przyczyn własnego zastoju i poszukiwania rozwiązania własnych emocjonalnych problemów, ciągle do głowy przychodzi mi ona. Z O. poznałam się prawie osiem lat temu przez Internet. Bardzo dużo rozmawiałyśmy. Dwie diametralnie różne dziewczyny. Ja - taka kompletnie zacofana, grzeczna uczennica z silnie zarysowanymi zasadami moralnymi i O. Po prostu O. Szalona, pyskata z szerokim doświadczeniem seksualnym, traktowana niezupełnie poważnie przez wszystkich dookoła. Chyba jako pierwsza potraktowałam ją naprawdę serio.
To były takie ciche, długie rozmowy. O filozofii, o emocjach, o świecie. Szczerze mówiąc, naprawdę się rozumiałyśmy. Nie oceniałyśmy. Nie oczerniałyśmy. Dopingowałam ją do tego, by weszła w normalny związek, taki zupełnie na poważnie; żeby poszła na studia; żeby pozwoliła sobie na szczęście. Ona mi zaufała.
Chyba nikogo od niej bardziej nie skrzywdziłam odwracając się. Nie zrobiłam tego do końca świadomie. Ja też poszłam na studia, ja też zakochałam się, ja też miałam swoje problemy. w których mi nie pomogła. Ukochała wino, wywalono ją ze studiów i... i tyle. Od niedawna próbuję odbudować kontakt. Idzie mi raczej trudno, ale chyba mi się uda. Chciałabym ją na swój sposób wyciągnąć z tego. Z wina, z własnej nieszczęśliwości, doprowadzić do ukończenia studiów. Chyba najbardziej jednak chciałabym, żeby ktoś jeszcze widział, jaka jest bystra i naprawdę inteligentna. To najmądrzejsza osoba jaką znam.
Zawsze lepiej wychodziło mi układanie cudzego życia niż własnego. Coś takiego powiedziała nawet moja mama. Któregoś ranka, będąc na kacu stwierdziła prostodusznie, że kiedy jestem obok niej, nie boi się bo wie, że wszystko posprzątam i ułożę na właściwe miejsce, a jak za bardzo pójdzie w tan to ją przywołam do porządku. Huh, ciekawe jak to możliwe, że skoro tak świetnie radzę sobie z cudzym życiem, to dlaczego nie umiem z własnym?
Pierwsze dni po zakończeniu terapii psychologicznej były trudne. Nie chodziło o to, że brakowało mi siły do działania, ale o takie śmieszne poczucie, że oto kieruję swoim życiem sama, że już nie ma pana, który mi przyklaśnie i powie: masz prawo tak robić. Dokonywanie wyborów jest ciężkie. Ale jakoś daję radę. I póki co to jest ważne, prawda?
Może ułożenie życia O. da Ci siłę, by zacząć odbudowywać własne? Może dzięki temu znajdziesz nadzieję, niezbędną do "zaczęcia od nowa"?
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki za Ciebie i za nią :*
Dziękuję, chociaż... pewnie to nie wyjdzie. O. znowu sie ode mnie odsuwa. Widać potrzebowała jedynie pieniędzy do spłaty raty kredytu...
Usuń