wtorek, 28 stycznia 2014

12. Jadłowstręt psychiczny

Wczoraj zmasakrował mnie psycholog. Nigdy nie myślałam, że zrobi to aż tak. Kazał mi powiedzieć i uwierzyć w coś, czego nie potrafiłam przyjąć do wiadomości. Ba, uświadomił mi to, czego nie potrafiłam sobie uświadomić sama, czego nie potrafili mi uświadomić lekarze, ani nikt inny. 

Mam anoreksję. Zastanawiam się, jakim cudem nie potrafiłam tego zauważyć, dlaczego zawsze wydawało mi się, że to nie ja, że inni i owszem, ale nie ja. Nigdy nie docierało do mnie, że jest coś nienormalnego w niepoznawaniu siebie w lustrze (tak, tamta dziewczyna jest szczupła i ładna, ale ja? Ja jestem gruba, mam zeza, skołtunione włosy i czerwoną jak cegła, patelniowatą twarz. Ja to nie ona. Chciałabym nią być). Ja naprawdę widzę brzydkiego, zgarbionego grubasa. 

Nigdy nie poznałam Any. Nigdy nawet nie chciałam być pro Ana. Więc, dlaczego ja? Dlaczego dziewczyna, która kiedyś tylko się odchudzała, później tylko miała różne dziwne epizody... Kiedy? Jakim cudem w to weszłam? 

Myśl, że nigdy nie rozpoznam siebie w lustrze jest straszna. Świadomość, że mój mózg oszukuje nie tylko lustro, ale nawet wagę jest wstrząsająca. Więc w jaki sposób mam wiedzieć ile mierzę, ile ważę, jaki noszę rozmiar? Nigdy nie zaskakiwało mnie, że wszystkie moje ubrania są bardzo szerokie (taki rozmiar noszę, inne będą za ciasne). Ja M - S? Nie, bez jaj... ja noszę przynajmniej L, a najlepiej XL. 

Wymiotuję? Tak, faktycznie nie umiem zaprzeczyć, ale to tylko dlatego że mam słaby żołądek. Nie, nie mam napadów wilczego apetytu. Fakt, najczęściej jem 1-2 posiłki dziennie, ale... Biegam? Sport to zdrowie.

Na wszystko zawsze miałam odpowiedź. Nawet wtedy, kiedy jadłam pół parówki dziennie albo ćwiartkę papryki. W końcu Ona powiedziała: moja córka nie jest chora, ona się tylko wydurnia. Skoro tak powiedziała, to przecież to prawda, prawda? Matka wie najlepiej. Dobra, maksymalnie mam jadłowstręt, ale nie anoreksję... 

Posypałam się. Wiecie, muszę teraz jakoś poskładać siebie. To takie strasznie abstrakcyjne: dla mnie anorektyczki to te dziewczyny o fizjonomii baletnicy. Ja nie jestem taka. Ja naprawdę czuję swój tłuszcz. Ja wiem, co widzę w lustrze. Jak mam uwierzyć, że to nie prawda?

niedziela, 26 stycznia 2014

11. Sekretne życie Waltera Mitty

Dzisiaj obejrzałam "Sekretne życie Waltera Mitty" i... jestem zachwycona tym filmem. Opowiada on historię Waltera, który jest naprawdę nudnym, nieśmiałym i przewidywalnym człowiekiem. Ma jednak coś, co odróżnia go od innych: bogatą wyobraźnię, która ubarwia jego życie.
Dla mnie to kolejna opowieść motywacyjna, że warto czasem stawiać wszystko na jedną kartkę, że warto walczyć, że warto próbować. Nawet jeśli tak naprawdę nikt nie trzyma za nas kciuków, a część chętnie jeszcze podstawiłaby nam nogę. Nie silę się tutaj na próbę napisania jakiejś recenzji, ale... ten film ma coś w sobie. Przynajmniej ja po obejrzeniu go byłam zachwycona i uśmiechnięta. 

Czy to możliwe, dostać grypy żołądkowej drugi raz w ciągu trzech tygodni?

sobota, 25 stycznia 2014

10. Wspomnienie (I)

Mam siedem, może osiem lat. Jest dobrze po północy, kiedy się budzę. Słyszę wrzaski na dole. Wiem, że wrócili. Wiem, że Ona będzie krzyczeć. Może Go uderzy? Wiem, że potem zacznie mnie szukać. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu, Ona wie, że jestem i słucham. Wychodzę z łóżka i na palcach idę w kierunku schodów. Siadam na szczycie i patrzę. Widzę tylko fragmenty, niepełne obrazy, obserwuję to, co się tam dzieje. Słyszę wrzaski, wyzwiska, głuche uderzenie. Dlaczego Ona to robi? Na moim ciele pojawia się gęsia skórka i nie za bardzo mogę się ruszyć. Czekam aż Ona pójdzie spać. Wiem, że muszę poczekać aż na dole wszystko się uspokoi. Wtedy tam zejdę i sprawdzę, czy wszystko jest w porządku.

czwartek, 23 stycznia 2014

9. Zmotywowałam się

Ten wpis powstał pod wpływem chwili. Jeszcze miesiąc temu - kiedy nie chodziłam ani do psychologa, ani do psychiatry na coś takiego jak: Projekt Odważ Się Żyć, patrzyłam bardzo sceptycznie. Dla mnie to był rodzaj nic nie wartych banałów, takich powtarzanych złotych myśli, które nie mają żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości, bo... strach i bezsilność są silniejsze. Ja jestem zbyt słaba. Ja nie potrafię. Ja się do niczego nie nadaję. Ja jestem bezużytkiem. Ja jestem sama sobie winna. To ja nie spełniam niczyich oczekiwań. Tak bez końca. Teraz widzę, że to rzeczywiście jest męczące, ale wtedy brzmiało sensownie i... było prawdą. 
W każdym razie dzisiaj się na to natknęłam i tak jakoś udało mi się dostrzec w tym pewien sens. Wiem, że w mojej pokręconej głowie takie filmiki trafiają do mnie na góra kilka dni, ale może tym razem będzie inaczej? Urzeka mnie, że wcale nie są nasączone najtańszą filozofią, ale zawiera się w nich jakaś tam prawda. Chociaż, oczywiście jutro mogę uznać, że to wszystko skończone bzdury.

Pierwszy filmik spodobał mi się właśnie przez nawiązania do strachu - czyli do emocji, którą czuję (czułam?) niemal każdego dnia. 


Drugi jest właściwie mi bliski, bo chociaż nie zmieniam świata, ale pewnego dnia postanowiłam zmienić siebie. I chociaż jest ciężko (te ciągłe: daj spokój, przecież się narzucasz; jesteś brzydkim, grubym, obleśnym, głupim, nienormalnym, ohydnym nieużytkiem), ale jakoś zaciskam zęby i idę dalej. Może to najwyższy czas, żeby wyznaczyć sobie jakieś cele? 


Teraz przyszło mi do głowy, że powinnam spróbować rzucić sobie jakieś wyzwanie. Wymyśliłam coś niespecjalnie skomplikowanego: 4 dni ćwiczeń. 

środa, 22 stycznia 2014

8. Być blisko

Denerwuje mnie, że to zawsze tylko ja dbam o nasz kontakt. Byłam w szpitalu a nawet nie napisałaś mi smsa! Ja teraz w ogóle nie jestem z tobą blisko. Odseparowałaś się od nas. M. i E. wiedzą co się u mnie dzieje. Ty nie! Gdybym się do ciebie nie odzywała, to sama byś nigdy pierwsza nie napisała!

Ciężko mi odpowiedzieć na te zdania. Wiem, że na swój sposób Ed ma rację, że faktycznie nie dbam o nasz kontakt, chociaż nazywam ją przyjaciółką. Tylko, że ja nie potrafię. Zawsze odsuwałam się od ludzi, zawsze stałam z boku i zawsze tylko się przyglądałam. Z drugiej strony, coraz częściej zaczynam czuć w stosunku do niej gniew. Skąd miałam wiedzieć, że jest w szpitalu, skoro mi tego nie powiedziała? Skąd mam wiedzieć z kim się spotyka? Poza tym, zaczęłam się teraz do niej odzywać. Staram się przynajmniej raz na dwa tygodnie wysłać jej zapytanie o to, co słychać, jak się czuje, czy wszystko w porządku. Problem w tym, że Ed też nie zachowuje się fair. 
Kiedy istniało u niej podejrzenie SM, chodziłam z nią po lekarzach, wpadałam do szpitala, przynosiłam jej owoce, próbowałam ją wspierać. Szkoda, że tego nie pamięta. 

Teraz ja mam problem. Nie chcę żeby zabrzmiało to tak, że jest poważniejszy od jej problemów, bo tak nie jest. Jest po prostu inny. Nie czuję wsparcia ze strony Ed, nie czuję nawet zainteresowania. Nie chodzi o to, żeby przybiegała do mnie z owocami albo towarzyszyła mi w drodze do lekarza. Chodzi tylko o to, żeby zrozumiała. Ona ma padaczkę, ja jestem... Ona może brać leki, a ja muszę wyciągnąć ze swojej głowy wszystko to, co się tam nagromadziło latami, dzięki czemu zbudowałam kokon wokół siebie i nie zwariowałam wtedy. 

niedziela, 19 stycznia 2014

7. Druga wizyta u psychiatry

Zastanawiam się, jak zareagowaliby moi znajomi, gdyby się dowiedzieli, że chodzę do psychiatry i psychologa (może lepsza byłaby nazwa: psychoterapeuty?). Część z nich na pewno byłaby tym faktem zaskoczona, druga może by się odwróciła? Co za różnica... 

Psychiatra jest chyba dumny z moich postępów. Twierdzi, że w niedługim czasie powoli zaczęłam się wygrzebywać z niebytu. Tak, też to tak widzę. Może nie jest tak, jak chciałabym żeby było, ale... nie wszystko od razu, prawda? 

Wymiotowanie jest formą kotwicy, która mnie uspokaja. Tak przynajmniej stwierdził psychiatra. Owszem, trzeba z tym walczyć, ale to po prostu moja kolejna metoda na kontrolowanie się. Zabawne: zamieniłam cięcie się na wymiotowanie. Chociaż... może to wcale nie jest zabawne? Może to żałosne? 

Dzisiaj i wczoraj działam. Napisałam dwa artykuły (jeden do pracy, drugi naukowy), kilka rozdziałów swojej powieści, pracę na zaliczenie, znalazłam materiały do licencjatu i pracy magisterskiej. Jestem z siebie dumna. Upiekłam też dietetyczne eklery (o ile takie mogą być).  

czwartek, 16 stycznia 2014

6. Boję się

Dzisiaj mam cholerny napad strachu. Boję się tak bardzo, że mam ochotę uciec gdzieś, najlepiej do jakiejś mysiej nory. Trzęsą mi się ręce, mam ochotę wymiotować (kaszel wymiotny już mam). O co znowu chodzi? 

Najgorsze są te popieprzone myśli: "nikt cię nie lubi", "zwróć uwagę na ton jego głosu", "odejdź tylko wszystkim przeszkadzasz", "głupia, gruba krowa", "wyglądasz idiotycznie", "jesteś taka gruba, dziwne, że nie widać tego po tej kurtce", "przecież i tak nie potrafisz tego zrobić", "jaka ty jesteś żałosna", "idź, ponarzucaj się komuś innemu", "wiesz, czemu tak patrzą? bo uważają cię za małą, nadętą, zarozumiałą gnidę". "i co z tego, że tak powiedzieli? chcieli żeby ci było miło", "potnij się, tylko to umiesz zrobić", "mdli mnie jak na ciebie patrzę", "naprawdę myślisz, że im na tobie zależy?". 

Nie wiem. Na żadne z tych zdań nie znam prawidłowej odpowiedzi. Wiem tylko, że wymiotowanie nic nie da, że cięcie się nic nie da... Nie chcę wymiotować. Nie chcę się ciąć. Chcę działać! Robić coś! Tylko... nie potrafię. 

K.rwa mać. 

Jutro idę do psychiatry. Znowu lunatykuję. 


edit: to było silniejsze. Zwymiotowałam.

środa, 15 stycznia 2014

5. W sądzie i poza nim

Wczoraj i dzisiaj były straszne. Osiem godzin w autobusie, rozprawa w sądzie (która w końcu się nie odbyła), mój dziki lęk i ogromne poczucie winy a teraz wściekłość. Tak, jestem wściekła. Tak bardzo zezłoszczona, że gdybym tylko mogła uderzyłabym J. w twarz, wydłubałabym mu oczy ale przede wszystkim: kopałabym, biłabym i wrzeszczałabym. A tak serio? Pewnie spojrzałabym mu w twarz, a potem odwróciłabym się i tyle. Cała histeria rozegrałaby się tylko w mojej głowie. 
Ojciec powiedział, że mnie kocha. Mama powiedziała, że mnie kocha. W sumie to ja pierwsza rzuciłam: kocham was, a potem oni to ciągle powtarzali. Chyba nie mogli uwierzyć, że tak do końca, uparcie, stałam po ich stronie. 

Psycholog uznał, że zbudowałam bardzo silny system ochronny wokół siebie. Nie dopuszczam nikogo na tyle blisko by mógł mnie zranić. Tylko, że ja tego tak nie odczuwam. Owszem: nie okazuje emocji, ale to nie znaczy, że ich nie mam. Po prostu kotłują się w środku.

Nie wymiotowałam trzy dni i nie miałam napadów dzikiego obżarstwa. Leki chyba znowu działają (byleby nie robić takich głupich przerw od nich). Mam jakąś chęć do działania, to chyba dobrze, nie?

sobota, 11 stycznia 2014

4. Bardzo boli mnie głowa

Wydaje mi się, że powoli poznaję odpowiedź na to, dlaczego nic nie kończę. Kiedyś, kiedy było bardzo źle powiedziałam sobie, że jak tylko zrobię wszystkie zaległe sprawy - odbiorę sobie życie. Oczywiście za tą pełną wściekłości myślą nie szły w parze żadne czyny, ale wtedy naprawdę tak czułam. Może moja podświadomość właśnie wtedy się zablokowała? W pewien dziwny sposób postanowiła bronić mnie przede mną samą? 

Skończyłam czytać kolejną książkę. Skończyłam jeden projekt. Bardzo próbuję cokolwiek robić, ale im bardziej się staram tym gorzej się czuję. Owszem, udaje mi się jakoś brnąć do przodu, ale... poczucie bezsensu atakuje mnie ze wszystkich stron, ciągle mam ochotę wymiotować, notorycznie boli mnie głowa, dławią mnie złe myśli o sobie samej. Może ja nadal walczę? 

W poniedziałek widzę się z psychologiem. W piątek z psychiatrą. Dzisiaj nie wymiotowałam - jest dobrze. 

czwartek, 9 stycznia 2014

3. Czemu nic nie idzie w tym dobrym kierunku?

Chciałam dzisiaj zrobić coś konstruktywnego. Naprawdę chciałam. Problem w tym, że po pobycie w domu jeszcze bardziej się zablokowałam. I nie wiem, gdzie i co jest nie tak. Nikt mnie tam nie skrzywdził, nikt nie zrobił mi nic złego a jednak... leki nie pomagają, a ja znowu balansuje na granicy niebycia

Na sesji psycholog zapytał, dlaczego się maluję. Nie umiałam wtedy odpowiedzieć na to pytanie, ale dzisiaj chyba już znam odpowiedź. Maluję się, bo to daje taką zewnętrzną złudę, że wszystko jest w porządku. Im lepiej wyglądam, tym bardziej mogę ukrywać jak bardzo jest źle. To dlatego tak dbam o swój wygląd i tak mocno złoszczę się, kiedy nie wyglądam idealnie. Próbuję upiększyć opakowanie, bo czuję że w środku nic nie ma.

Dziś nie zwymiotowałam. Nie skończyłam też niczego, ale poszłam na zajęcia. Byłam na nich (choć bardzo bałam się samotnej podróży przez miasto). I wysłałam CV. Jest dobrze, prawda?

poniedziałek, 6 stycznia 2014

2. Tam, gdzie nie byłam jeszcze wczoraj

Ostatnio wpadłam na taką genialną myśl, że powinnam zacząć kończyć. Oczywiście nie potrafię na tą chwilę skończyć tego, co najważniejsze, ale może gdy uda mi się pokończyć te pozornie "banalne" sprawy, wtedy i te trudniejsze staną się jakieś takie prostsze? Próbuję więc kończyć: pozaczynane opowiadania, niedoczytane książki, różne, różnorakie sprawy. Może na dłuższą metę to przyniesie dobry skutek? 

Niedawno odchorowałam grypę żołądkową. Z jednej strony widzę, że przepisane leki działają (przestałam mieć napady wilczego głodu, niepokoju, gniewu i szału), ale z drugiej... wymiotuję. Każdego dnia znajduję przyczynę, dla której muszę zwymiotować. Mimo iż wcale nie jem dużo. Na najbliższym spotkaniu z psychologiem, spróbuję z nim o tym porozmawiać. Może to coś da?

sobota, 4 stycznia 2014

1. Tu gdzie teraz stoję

Są rzeczy, które już minęły i takie, które nie wrócą, choćby się bardzo chciało. Szanse, które przegapiamy. Szczęśliwe zakończenia, do których nie mamy już dostępu, bo za bardzo się baliśmy zrobić krok do przodu. Pchani śmiesznym przekonaniem, że jeśli się nie uda to zawali się nasz świat, woleliśmy trwać w bezruchu i czekać. Nie udało się, a świat nadal stoi. Nie udało się, bo nie spróbowaliśmy (może po spróbowaniu też by się nie udało, ale przynajmniej wiedzielibyśmy, że spróbowaliśmy, że walczyliśmy o swoje. 

Myślę teraz o rzeczach, które można było zrobić wtedy, kiedy się miało 16 lat. Tylko tyle, aż tyle i ani dnia więcej. Mini sukcesy, których istota właśnie wtedy kształtowała sposób postrzegania świata przez całe późniejsze życie.

Teraz, w trakcie terapii, dotarło do mnie, że chociaż ich nie wykonałam to jednak nadal mogę nie "zmarnować życia". Może to śmiesznie brzmi, ale moje życie było bardzo nudne i zaskakująco smutne jednocześnie. Zbyt zachowawcza, raczej typ podglądacza niż faktycznego "przeżywacza". Teraz chcę inaczej, teraz chcę żyć, nie wegetować.