niedziela, 4 maja 2014

37. Psychika

Mam rozpieprzoną psychikę. Czuję, że dzieje się ze mną coś złego. Nie ma to nic wspólnego z tym, co do tej pory było we mnie. Brak emocji. Zupełny brak jakichkolwiek emocji. Tylko wyrachowanie i cynizm, i celowe niszczenie, i oglądanie własnego dzieła. 

piątek, 25 kwietnia 2014

36. Dom demotywuje

Do takich wniosków doszłam kiedy tam byłam. Niby nic złego się nie działo, ale z "moich" i "ważnych dla mnie" spraw nie zrobiłam tam absolutnie nic. Za to po powrocie od razu się zapaliłam i wykonałam masę ważnych spraw. 

Pochwalę się. Możliwe, że skończę mgr w tym miesiącu. TAK W TYM:) 

niedziela, 20 kwietnia 2014

35. Wielkanoc

Właśnie dlatego nie lubię świąt. Wszystko było dobrze zanim Ona się napiła. Najpierw zaczęła wrzeszczeć (właściwie bez powodu) potem biła brawo i wygoniła gości, a na końcu zwyzywała ojca i rozpłakała się. Siedziałam w swoim pokoju i czekałam aż pójdzie spać. Przy mnie próbowała co prawda zachować równowagę i spokój, ale i tak stwierdziłam, że lepiej Jej nie prowokować. Dwadzieścia minut temu wreszcie poszła spać. A ja miałam nieszczęście wejść do pokrwawionej łazienki. Wolę się nie zastanawiać, co znowu zrobiła. 

A teraz jem. Trzeci kawałek babki drożdżowej. Pewnie zaraz wetnę coś jeszcze. Wiem, że to bezsensu, że to zajadanie emocji i w ogóle, ale jakoś musiałam.

edit. Zanim skończyłam pisać ten wpis zmieniłam zdanie. Jednak nie potrzebuję nic poza tym ciastem.

sobota, 19 kwietnia 2014

34. Psoriasis

Pierwszy raz zachorowałam kiedy miałam 9 lat. Pamiętam, że oglądałam moje chropowate dłonie, brzydkie paznokcie i swędzącą skórę i zastanawiałam się, czy to ważne. Ona uznała, że to grzybica i nie ma się czym przejmować. Przechodziłam z tym kilka lat, zanim pojawiły się plamy na głowie. Kiedy weszłam z Nią do pani dermatolog, ta powiedziała tylko: tak bardzo mi przykro, ona jest jeszcze taka mała. Strasznie mnie to przeraziło. Nie wiedziałam co się dzieje, ale strasznie się bałam, że stało się coś strasznego. Psoriasis, co dla mnie znaczyło tyle co dziadek leżący w swoim pokoju i owinięty torebkami foliowymi albo szkolna bibliotekarka z jej pokrwawionymi rękami. 

Potem moi rodzice uznali, że nie ma o czym mówić. U mnie w domu nie mówiło się o trudnych sprawach, zamiatane pod dywan piętrzyły się i tylko ja widziałam, że wciąż tam są. Podczas terapii u psychologa dowiedziałam się, że już wtedy musiało być ze mną bardzo źle skoro choroba się ujawniła w tak młodym wieku. 

czwartek, 17 kwietnia 2014

33. Studia doktoranckie

Zawsze stresowałam się powrotem do domu. Chodziło o to, że czułam się tutaj wiecznie oceniana, zbyt gruba, zbyt niedoskonała i taka... z boku. Rodzice z bratem oglądali telewizję ale nigdy nie robili tego ze mną, nawet obiad jedli sami. To niby takie głupoty, ale naprawdę we mnie uderzały. Teraz tego nie czuję. Spotkania z psychologiem pomogły mi "ich" pokonać. Widzę, że i Ona, i ojciec szukają ze mną kontaktu i to ode mnie zależy czy im odpowiem, czy zjem z nimi, czy obejrzę film.

Zaproponowano mi pracę na uczelni i studia doktoranckie. Jestem w kropce. Z jednej strony naprawdę się cieszę, że mi to zaproponowano, ale z drugiej... ta propozycja padła z drugiego kierunku, a ja wolałabym jednak robić doktorat na pierwszym. Tyle, że na pierwszym są dziesiątki doktorantów i pewnie nikt nie zaproponuje mi pracy (o ile ktokolwiek zaproponuje mi doktorat). 

Z moim jedzeniem jest naprawdę dziwnie. Zauważyłam, że w domu kompletnie zapominam o nim, by przypomnieć sobie zrywami. Rano coś zjem, potem jest jakiś obiad i o północy zauważam, że zapomniałam o kolacji. Nie mam apetytu. Nic mi też specjalnie nie smakuje.

środa, 9 kwietnia 2014

32. Zbawiam świat

Wstałam raptem trzy godziny temu a już zdołałam dwa razy uratować świat, załagodzić konflikt rosyjsko-ukraiński i wynaleźć lek na raka. Tak mniej więcej się czuję. Działanie to rzecz niesamowita. Szczególnie takie działanie, które niesie ze sobą określone, szybkie korzyści. Napisałam miliard maili, na połowę z nich już otrzymałam odpowiedź. W dodatku rozwiązałam kilka palących problemów (tak mnie paliły przez ostatnie kilka miesięcy a jakoś nie umiałam ich tknąć). Teraz tylko pozostało poprawienie pierwszego rozdziału pracy licencjackiej i jutro mogę rozpocząć panowanie nad światem. 

A tak z mniej szalonych kwestii: lubię dietę, lubię parówki, lubię białka i nienawidzę węglowodanów. Węgle to depresja, wielka waga i paskudny obraz w lustrze. Białka to piękno, szczupłe ciało i działanie. 

Jest prawie dobrze. 

poniedziałek, 31 marca 2014

31. Wściekłość

Wściekłość i gniew. Bije po głowie, falami uderza w moje jestestwo. Ułożony na chwilę kruchy świat, rozpada się na wiele nijakich elementów. Gdyby tak można było rozerwać siebie, zrzucić skórę i uciec tam, gdzie nikt nie odnajdzie. o byłoby prawdziwe szczęście.

niedziela, 30 marca 2014

30. Studniówka

Dzisiaj, wraz z kilkoma osobami z mojej klasy z liceum, obejrzałam naszą studniówkę. Przede wszystkim rzuciło mi się w oczy, że... nie byłam gruba. Nie mam pojęcia dlaczego dopiero teraz to dostrzegam, ale byłam naprawdę bardzo szczuplutką dziewczyną. Pamiętam, jak byłam przekonana, że jestem jedną z najgrubszych kobiet tam. Teraz widzę, że wcale tak nie było. Kamerzysta często mnie kręcił, jestem niemal na każdym ujęciu. I wcale nie dlatego, że wyglądałam jak hipopotam albo czerwony goryl. 
Ciekawe, że pewnie rzeczy widać dopiero po latach. Poza tym, na tej studniówce zauważyłam jeszcze, że dziewczyna dobre piętnaście kilo cięższa ode mnie przyszła z gołym brzuchem. Ona nie miała kompleksów. Ja byłam przerażona możliwością pokazania moich otłuszczonych ramion. 

Zastanawiam się, jak będę patrzeć na moje zdjęcia z dzisiaj za dziesięć lat. Też uznam, że wcale nie jestem tak gruba jak myślę?

sobota, 29 marca 2014

29. O.

Często myślę o O. Dzisiaj nie rozmawiamy już tak wiele jak dawniej. Nie piszemy do siebie długich elaboratów, nie mamy miliarda wspólnych tematów, szczerze mówiąc dzisiaj już są takie miesiące, w których nie zamieniamy nawet jednego słowa. 

Szukając przyczyn własnego zastoju i poszukiwania rozwiązania własnych emocjonalnych problemów, ciągle do głowy przychodzi mi ona. Z O. poznałam się prawie osiem lat temu przez Internet. Bardzo dużo rozmawiałyśmy. Dwie diametralnie różne dziewczyny. Ja - taka kompletnie zacofana, grzeczna uczennica z silnie zarysowanymi zasadami moralnymi i O. Po prostu O. Szalona, pyskata z szerokim doświadczeniem seksualnym, traktowana niezupełnie poważnie przez wszystkich dookoła. Chyba jako pierwsza potraktowałam ją naprawdę serio. 
To były takie ciche, długie rozmowy. O filozofii, o emocjach, o świecie. Szczerze mówiąc, naprawdę się rozumiałyśmy. Nie oceniałyśmy. Nie oczerniałyśmy. Dopingowałam ją do tego, by weszła w normalny związek, taki zupełnie na poważnie; żeby poszła na studia; żeby pozwoliła sobie na szczęście. Ona mi zaufała. 

Chyba nikogo od niej bardziej nie skrzywdziłam odwracając się. Nie zrobiłam tego do końca świadomie. Ja też poszłam na studia, ja też zakochałam się, ja też miałam swoje problemy. w których mi nie pomogła. Ukochała wino, wywalono ją ze studiów i... i tyle. Od niedawna próbuję odbudować kontakt. Idzie mi raczej trudno, ale chyba mi się uda. Chciałabym ją na swój sposób wyciągnąć z tego. Z wina, z własnej nieszczęśliwości, doprowadzić do ukończenia studiów. Chyba najbardziej jednak chciałabym, żeby ktoś jeszcze widział, jaka jest bystra i naprawdę inteligentna. To najmądrzejsza osoba jaką znam. 

Zawsze lepiej wychodziło mi układanie cudzego życia niż własnego. Coś takiego powiedziała nawet moja mama. Któregoś ranka, będąc na kacu stwierdziła prostodusznie, że kiedy jestem obok niej, nie boi się bo wie, że wszystko posprzątam i ułożę na właściwe miejsce, a jak za bardzo pójdzie w tan to ją przywołam do porządku. Huh, ciekawe jak to możliwe, że skoro tak świetnie radzę sobie z cudzym życiem, to dlaczego nie umiem z własnym?


Pierwsze dni po zakończeniu terapii psychologicznej były trudne. Nie chodziło o to, że brakowało mi siły do działania, ale o takie śmieszne poczucie, że oto kieruję swoim życiem sama, że już nie ma pana, który mi przyklaśnie i powie: masz prawo tak robić. Dokonywanie wyborów jest ciężkie. Ale jakoś daję radę. I póki co to jest ważne, prawda?

czwartek, 20 marca 2014

28. Musk szwankuje

W poniedziałek mam ostatnią wizytę z zaplanowanych u psychologa. Teoretycznie mogę przedłużyć terapię, ale... nie wiem czy to ma sens. Prawdę powiedziawszy, wydaje mi się, że nie jest mi ona już potrzebna. Jasne, niespecjalnie cokolwiek robię (ale się staram!), ale psycholog chyba nie jest mi aż tak potrzebny. Czuję, że nie umiem mu się zwierzyć. Nie potrafię tego zrobić. Jest między nami jakaś ściana, niewidzialny mur, którego nie umiem przekroczyć. Tak, on się stara, ale nie może. To ja mam klucze do bramy. I go po prostu nie wpuszczam.
Przyjaciółka z chłopakiem namawiają mnie na kontynuowanie terapii... Tylko, czy to ma sens? 

Nie cierpię tego, co siedzi w moim popsutym musku (bo to nie jest mózg). Nakładam leginsy. Patrzę na swoje nogi. Wydają się całkiem dobrze wyglądać. Pięć minut później nagle są trzy razy większe, pełne cellulitu i wyglądają strasznie. To samo jest z innymi częściami ciała. Najgorsze jest to, że wiem, że moja twarz nie przytyła, ale podświadomie coś podpowiada mi... zobacz, jest większa, o wiele większa, pewnie nie masz drugiego podbródka, ale czy to coś znaczy? czy wszyscy grubi mają grubą twarz? A na moje: ale zawsze twarz mi tyła, ten niezrażony głosik odpowiada: widać teraz jest inaczej. I jak tu z nim dyskutować?

środa, 12 marca 2014

27. Nowe postanowienia

Znowu zepsułam masę spraw. Zawaliłam. Wiecie co jest najgorsze? Świadomość, że tak naprawdę, kiedy dacie sobie spokój z robieniem wszystkiego co trzeba nic się nie stanie. Świat się nie zawali. Nic nie zmieni swojego miejsca. Tylko wy zostaniecie z tyłu. I tylko w waszej głowie. 
Wymyśliłam sobie, że tak dalej nie można trwać w tym bezładzie. To nie ma sensu, ani znaczenia. Co z tego, że biorę leki i chodzę do psychologa, skoro nadal nic nie robię? 

3 godziny. 3 godziny pisania dziennie.
To rozwiązałoby moje wszystkie problemy (większość). 

W ramach postu: nie piję alkoholu, nie jem słodyczy, chleba (żadnego), unikam makaronów i ryżu, staram się ćwiczyć. 

Jak bez tego nie schudnę to już nic nie wiem. 

wtorek, 11 marca 2014

26. Wspomnienie 2

Ona wie, że jestem gdzieś tam ukryta na schodach, że potem uciekam do szafy, do łazienki, pod łóżko, albo zakopuję się w kołdrze. Wie o tym, bo często po tym jak skończy się awanturować idzie na górę i mnie szuka. To taka nasza niepisana gra. Ja uciekam, Ona mnie ściga. Chciałabym uciec do babci albo dziadka, ale jeśli to zrobię, będzie jeszcze gorzej. Wtedy zacznie wrzeszczeć na nich i mnie ciągać. Chodzi o to, żeby przekonać Ją, że śpię. A potem kiedy zaśnie, mogę zejść na dół. Muszę sprawdzić, że nie stało się nic złego.
Mam siedem, może osiem lat. Jak będę mieć dwanaście odgłosy awantury będą mnie paraliżować tak mocno, że nie będę potrafiła się ruszyć. Ale póki co umiem. Umiem zejść po drewnianych, skrzypiących schodach na dół. Umiem następnego dnia udawać ze wszystkimi, że nic się nie zdarzyło.

czwartek, 6 marca 2014

25. Miotanie

Znacie to uczucie, kiedy w środku rzucacie się z kąta w kąt? Nie możecie odnaleźć ani kierunku, ani sensu, ale coś nie daje spokoju. I rzuca, i miota, i drażni, i ciągle gdzieś, z tyłu głowy pewnie, się czai. Tak mniej więcej czuję się.

Chciałabym uciec. Nie wiem gdzie i nie wiem nawet z kim. Czasem jest to mój chłopak, czasem dobra koleżanka, a czasem jestem to ja sama. Uciec do jakiejś chatki gdzieś w lesie, albo na pustyni. Uciec. Zniknąć. Rozpłynąć się. Tam, gdzie nie będzie internetu, telefon nie będzie miał zasięgu. Tylko ja, długopis i kartki. Może nie być nawet toalety. 
Wszystko mi zbrzydło. 

czwartek, 27 lutego 2014

24. Bezużyteczna

Dzisiaj, całkiem nieświadomie (a może świadomie?) uraziła mnie moja współlokatorka. Zdarzyło jej się to już w sumie któryś raz. Zarzuciła mi, że skoro i tak nie mam co robić, mogę oglądać bez konsekwencji filmy. Niby nic, ale na swój sposób trochę mnie to ruszyło. 

Poczułam się tak strasznie bezużyteczna. I jeszcze, że wszyscy dookoła widzą moją bezużyteczność, skoro potrafią mi powiedzieć: ty możesz, bo nie masz nic do roboty. Chodziłam później i zastanawiałam się, czy przypadkiem nie jest tak, że wszyscy sądzą, że chcę żerować na moim chłopaku. Bo mnie kocha, bo kupuje mi masę rzeczy, bo opłaca mieszkanie... To miłe, ale faktycznie czuję się bezużytkiem. Zamiast wziąć się w garść, znaleźć jakąkolwiek pracę - byleby tylko nie ciągnąć od rodziców i chłopaka, siedzę w mieszkaniu i niemal nie robię nic. Jasne, może ugotuję, sprzątnę lub zrobię pranie, ale... tak naprawdę to jest nic. Mogłabym więcej. 
Takie myśli mocno kują. I chociaż chłopak powtarza, że o sprawy bytowe mam się nie martwić i jestem jego księżniczką, to zastanawiam się: jak długo będzie tak uważał? A za pięć lat? Jak się nic nie zmieni? Jak nadal będę siedzieć w domu? Tak bardzo chciałabym wziąć się w garść i pracować. A z drugiej strony... tak bardzo boję się ludzi, tak bardzo zniechęciłam się do pracy w korpo, tak bardzo nie wierzę, że ktokolwiek uzna moje kwalifikacje... 

środa, 26 lutego 2014

23. Lista niezałatwionych spraw

Po ostatnich paskudnych wpisach, przyszła pora na chwilę refleksji. Przede wszystkim... dzisiejszy dzień był całkiem przyzwoity pod względem mojego ukochanego działania. Niemal skończyłam poprawiać drugi rozdział pracy magisterskiej. W dodatku ćwiczyłam dzisiaj godzinę (i jutro też chcę). A co najważniejsze: wreszcie nie mam tak beznadziejnego nastroju, jak przez ostatnie kilka dni. Tworzenie jest jednak czymś szalenie ważnym. 

Będąc w domu napisałam sobie całą listę "niezałatwionych" spraw, które siedzą w mojej głowie. Były najmniejsze bzdury jak jakaś nieprzeczytana książka, albo nieodbyta (a zaplanowana) wizyta, ale pojawiły się też sprawy cięższe: nawrzeszczenie na nieżyjącą babcię, wygarnięcie tego co czułam ex-szefowej, dokończenie pracy magisterskiej, napisanie licencjackiej. Tego naprawdę zebrała się cała masa. Wiem, że to takie "dziecinne", ale mam wrażenie, że jeśli uda mi się wreszcie chociaż część z nich rozwiązać, to uda mi się też nadać swojemu życiu sens i znaczenie. Przestanę wreszcie  w e g e t o w a ć, a zacznę istnieć. To spora różnica. 
Słowa to chyba jedyny oręż, który mam. Tak, brzmi strasznie banalnie, ale to prawda. Z wieloma sprawami udało mi się rozprawić właśnie dzięki nim, dzięki ich sile i mocy.
Powoli chyba uda mi się "dokończyć" moje sprawy. Musi się udać, prawda? 

Ps: dzięki niedoszłemu zamachowi bombowemu nie poszłam w poniedziałek na spotkanie z psychologiem. Kochany człowiek, przełożył je na sobotę! 

sobota, 22 lutego 2014

22. Jak osa

Ostatnio cały czas jestem wściekła jak osa. Mam ochotę gryźć, kopać, krzyczeć, bić, piszczeć, wiszczeć, tupać, skakać, niszczyć, psuć, rozwalać, krzywić się, uderzać, walić, wściekać się... 
Chcę się wziąć do drugiego rozdziału pracy magisterskiej. I nie mogę. Cholera, czemu nie mogę tego zrobić? Mam wrażenie, że cofam się w terapii. I to strasznie.

piątek, 21 lutego 2014

21. Czuję obrzydzenie

Nie mogę już patrzeć na te przekłamane newsy z Ukrainy. Na młodzież walczącą za pieniądze z prezydentem. Nie chce mi się już słuchać o biednych Ukraińcach ich niedoli i nieszczęściu. Rzygam na to. Widzę w telewizji banderowskie flagi (to te malinowo-czarne) i rozumiem, co mówią. W większości to zwykli nacjonaliści, którzy czczą Stepana Banderę i są dumni z zamordowania 100 tysięcy Polaków. Ba, oni sądzą, że powinniśmy im teraz pomagać i cieszyć się razem z nimi. 

Dlaczego polskie elity wciąż jeszcze tłamsi jakaś chora rusofobia, że są gotowe sprzymierzyć się z mordercami własnego narodu, byle tylko dopiec Putinowi? Skąd w ogóle głupi pomysł, że go to choć trochę obchodzi? Mam kilku znajomych Ukraińców. I najporządniejsi z nich to ci, którzy pochodzą ze wschodu, za to największe k.rwy są ze Lwowa i okolic. Teraz właśnie one tak nawołują do walki z banderowską flagą w ręce. 

Przepraszam. Nie powinnam tego pisać. Po prostu... moja babcia na wieść o tym, co zrobiło UPA wyrzekła się swojego, ukraińskiego pochodzenia. Do końca życia nie wypowiedziała nawet słowa po ukraińsku. 

czwartek, 20 lutego 2014

20. Ucieczka ze stolicy

Jest źle. Nie myślałam, że jeszcze wróci to wszystko co przed lekami, ale wróciło. Nie mam może napadów szału, ani nie rzucam przedmiotami, ani się nie tnę, ale... nie śpię, wycofuję się i kompletnie nie potrafię rozmawiać. Ona mówi. Opowiada jak to była w pracy, jak to wydała miliony monet na nowy telewizor, na cośtam jeszcze, i jeszcze, a jeszcze musi zebrać 10 tyś., na tego ch.ja - a ja słucham. Słucham, że jestem niezaradna życiowo, że Ona nie ma pieniędzy, a ja potrafię tylko przytaknąć: tak, masz rację. jestem niezaradna życiowo. 

Następnego dnia wzięła mnie na zakupy. I cały czas ciągnęła od sklepu do sklepu i pytała co mi kupić. A ja nic nie chciałam i denerwowałam się, że Ona próbuje wydawać na mnie pieniądze, chociaż dzień wcześniej krzyczała jak bardzo nie ma. Robiła to po to, żeby mnie kolejny raz przekupić, żebym zapomniała o wczorajszych słowach. Zawsze mnie przekupywała. Tak jak Tato zawsze uważał, że wszystko zrozumiem, zaakceptuję i jestem zbyt dojrzała i mądra, żeby mnie tak po ludzku chronić przed tym wszystkim. 

piątek, 14 lutego 2014

19. Inteligencja

Dzisiaj idę do psychiatry i jakoś nie mogę zasnąć. 

Współlokatorka namówiła mnie do zrobienia sobie testu predyspozycji zawodowych. I tak jakoś po zrobieniu go, zauważyłam, że mogę zrobić też kolejne: test inteligencji emocjonalnej, test - wiek mózgu i naturalnie test IQ. Ogólnie podchodzę do takich zabaw z dużym dystansem bo wiadomo, że kilkanaście pytań, które generują nasz iloraz inteligencji czy opisują predyspozycje do pracy nie są najbardziej miarodajne, ale... zawsze miło sobie coś takiego zrobić. Oczywiście problem w tym, że ja (jak to ja) podchodzę do tego trochę na zasadzie: jak wyjdzie, że masz sporą to kłamią, jak okaże się że jesteś idiotką to mają rację. Tym razem wynik mnie naprawdę zaskoczył bo zdaniem testu moje IQ wynosi aż 170, a emocjonalne 140. Biorąc pod uwagę, że takie wyniki są po prostu nierealne, zastanawiam się jaki twórca takiego testu pozwala w ogóle na takie wyniki. 
Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek, kto odpowie prawidłowo nawet na wszystkie pytania testowe zbliżył się do mensowskiej granicy. Prawdę mówiąc nie o tym chciałam napisać. 
Kiedyś, jakieś 10 lat temu miałam robiony test na inteligencję. Poszedł mi chyba nieźle, ale nie jakoś szczególnie wybitnie. Okazało się, że wyszło mi wtedy 142. Czy to dużo czy mało? Nie wiem. W szkole byłam dobrym ale nie wybitnym uczniem. Moja dobra przyjaciółka, z wynikiem o wiele słabszym od mojego miała lepsze oceny. 

Wspominam o tym dlatego, że dzisiaj naszła mnie taka śmieszna myśl, że może w tym tkwi mój problem. Może chodzi o to, że jestem zawieszona między "normalnymi ludźmi" i osobami o "wybitnej inteligencji" nie pasując nigdzie. Widzę po sobie, że mam inny sposób myślenia niż moi znajomi. Wiele spraw rozwiązuję bardzo logicznie, szybko. Nie mam problemu z obiektywną oceną sytuacji, z szukaniem prostych rozwiązań. Nie cierpię komplikowania, wyszukiwania niepotrzebnych trudności i problemów tam gdzie ich nie ma. Jednocześnie w swojej własnej głowie mam całą masę wątpliwości. Ciągle i od nowa wałkuję czy mogę, czy powinnam, czy to ma sens. Co najzabawniejsze: łatwo mi podejmować decyzję w sprawach ważnych i trudnych (śmierć, rodzinna kłótnia, studia, choroba), ale kompletnie nie radzę sobie przy takich błahych czynnościach, nad którymi większość ludzi w ogóle się nie zastanawia. 
Może dlatego tak trudno mi cokolwiek zrobić? Może dlatego nie potrafię znaleźć swojego celu w życiu? Może to zawieszenie tak mnie rozdziera? Chciałabym rzeczy wielkich i wzniosłych, a gubię się w prostym, codziennym życiu. 


środa, 12 lutego 2014

18. Angażowanie się

Gdyby tylko udało mi się zaangażować. Zatracić w robieniu czegoś, poczuć pasję, chęć, siłę do rzucenia wszystkiego i robienia właśnie tej jednej, jedynej rzeczy. Chyba byłabym wtedy naprawdę szczęśliwą osobą. Patrzę na ludzi, którzy mają pasje, zainteresowania, plany, nadzieje, marzenia i... i widzę, że mnie to jakoś omija. Jestem jak dryfująca po morzu kłoda suchego drewna. Teraz unoszę się na falach, ale z czasem napęcznieję i pójdę na dno. Nic mnie specjalnie nie interesuje, niczym nie potrafię się zafascynować. Wszystko na dłuższą metę nie ma ani sensu ani znaczenia. 
Przeraża mnie własna aberracja myślowa, która powoduje ten brak pasji. Skoro potrafię to nie muszę tego robić. Skoro umiem, to nie jest dla mnie. Skąd taki błąd? Przecież to czego nie umiem nigdy nie będzie dla mnie. Nie zostanę łyżwiarką figurową w wieku 23 lat (tak jak nie zostanę już ani lekarzem, ani królową balu maturalnego, ani kosmonautą, ani mechanikiem samochodowym). A właśnie do tego wszystkiego czuję pociąg. Im bardziej niedorzeczna wydaje się myśl, tym bardziej "chcę". Zostanę aktorką? Tak, ale w Rosji. Chcę jeździć konno - chociaż do tej pory niewiele miałam z tym wspólnego. Napiszę grę komputerową, skomponuję musical... Gdzieś w środku mojej głowy czai się taka głupia pewność, że gdybym nagle   m o g ł a  to wszystko zrobić od razu poczułabym, że to nie jest tym, czego naprawdę chcę. 

A dzisiaj? Dzisiaj działam. Obejrzałam dwie wersje Rozważnej i romantycznej. Napisałam stronę pracy magisterskiej i kilka swojej powieści. Uwielbiam działanie.

niedziela, 9 lutego 2014

17. Zła energia uciekła

Przynajmniej na chwilę. Nic mnie nie boli i mam ochotę się uśmiechać. Jutro widzę się z psychologiem. Na pewno będzie lepiej. Wierzę w to! Na jednej z babskich stron znalazłam coś takiego:


Może to bardzo naiwne, ale dlaczego by nie? W sumie wolałabym jednak zostać człowiekiem sukcesu niż porażki. Dzisiaj czwarty dzień pod rząd widzę się ze znajomymi (kolejnymi) i zaczynam już padać ze zmęczenia. Najbardziej lubię ten swój malutki, samotny pokoik...

sobota, 8 lutego 2014

16. Jestem tu?

Wymyśliłam sobie, że malutkie rozplątywanie poplątanych sznurków moich niedokończonych spraw może mi pomóc. Próbuję więc wszystko pomalutku kończyć. Od tygodnia jakoś mi nie wychodzi. 

Może to wina braku psychologa? Nie widzieliśmy się już dwa tygodnie i chyba tracę motywację. Kompletną motywację. Niby biorę leki, niby coś robię, ale wszystko ostatnio skupia się wokół mojego brzucha, środka głowy i poczucia niechęci do samej siebie. I czegoś jeszcze: takiego strasznego "o-jak-mi-strasznie-mdląco" uczucia, które rozbija gdzieś w środku mój umysł. 

piątek, 7 lutego 2014

15. Co dalej?

Od śmierci wujka nie wymiotuje. To duży plus, chociaż w głowie ciągle mam te nieznośne myśli: idź do toalety, zrób to, będzie ci lepiej, patrz jak ci to ciąży na żołądku. I nie pomaga tłumaczenie: hej, ale ja zjadłam raptem jedną, upieczoną własnoręcznie babeczkę, nie jadłam nic cały dzień a to był normalny obiad. Mózg działa inaczej, on wie swoje, namawia. Od jego śmierci też jakoś tak zmieniło się moje patrzenie na siebie. Wcześniej chyba nie traktowałam aż tak poważnie tego, że chodzę do psychiatry i psychologa. Wydawało mi się, że to jest coś takiego co mnie przestawi na właściwe tory. Teraz widzę, że jeśli nie podejmę walki to nic mi to nie da. Niby taki banał, ale mnie teraz prześladuje. Chcę podejmować samodzielnie inicjatywę, chcę czuć radość z działania. 

środa, 5 lutego 2014

14. Gdzie leży prawda?

Trudno wierzyć samej sobie, kiedy wzrok i umysł potrafią oszukiwać mnie na każdym kroku. Zrozumiałam to w chwili, kiedy udowadniałam, że nie mam problemów z racjonalnym widzeniem siebie. Stanęłam na wadze i... zobaczyłam tam 84 kilogramy. Moim zdaniem to bardzo dużo. Poczułam lęk, strach, niechęć do siebie i swojego sadła. Zawołałam narzeczonego i Ed, żeby w końcu zobaczyli, że moja nadwaga jest faktem. Przyszli.
Jakim cudem, skoro ja tam widzę 84, oni widzą mniej? I to nie mniej o 1, 2, 3 kilogramy ale o 20? Jakim cudem? Przecież to kompletnie niemożliwe, prawda? 

Chyba dopiero teraz zaczynam przeżywać śmierć wujka. Niespecjalnie mogę się na czymkolwiek skupić i zrobić coś konstruktywnego. Zaczęłam czytać IQ84 Murakamiego, próbuję dokończyć pisane opowiadanie (mam już 55 rozdziałów!). Sesję zakończyłam ze średnią 4,95 - ale nie czuję z tego powodu radości. Chyba muszę się mentalnie uspokoić. I dopiero wtedy może będzie dobrze? Może znowu zacznę robić coś bardziej konstruktywnego?

wtorek, 4 lutego 2014

13. Śmierć

Jak to możliwe, że ktoś, kto dla nas był wszystkim, dla reszty pozostaje tak mało znaczącym zerem? Bo nie założył rodziny, bo nie miał stałej pracy, bo ukończył szkołę specjalną, bo leczył się psychiatrycznie. Oni widzieli w nim człowieka, któremu nie udało się życie. 

A ja? Ja widziałam wujka, który miał pasję. Kochał motocykle, zbierał stare żelazka i potrafił zbudować najlepszą huśtawkę pod słońcem. Świetnie grał w karty i nieźle rysował. Często się ze mną drażnił i może niewiele wiedział, ale za to potrafił pokazać mi to wszystko, czego sama nigdy bym nie dostrzegła i zbudował domek na drzewie. To normalne, że szukał i pragnął miłości. I to cholernie przykre, że śmiała się z tego jego własna rodzina. A jego choroba? Co było z nią nie tak? 

Na pogrzebie nie umiałam płakać. Jakoś ciągle nie dociera do mnie, że On faktycznie nie żyje. Po głowie biegało mi takie głupie wspomnienie: jest lato, pewnie lipiec, siedzimy razem z kuzynką i jego kumplem, "ja mam już wiek chrystusowy - 33 lata". 10 później umarł. Co zrobiłby, gdyby wiedział, że to jego ostatnie 10 lat, z których 7 przeżyje w ciężkiej (naprawdę ciężkiej z psychotropami, elektrowstrząsami i zakładami psychiatrycznymi) depresji? 

wtorek, 28 stycznia 2014

12. Jadłowstręt psychiczny

Wczoraj zmasakrował mnie psycholog. Nigdy nie myślałam, że zrobi to aż tak. Kazał mi powiedzieć i uwierzyć w coś, czego nie potrafiłam przyjąć do wiadomości. Ba, uświadomił mi to, czego nie potrafiłam sobie uświadomić sama, czego nie potrafili mi uświadomić lekarze, ani nikt inny. 

Mam anoreksję. Zastanawiam się, jakim cudem nie potrafiłam tego zauważyć, dlaczego zawsze wydawało mi się, że to nie ja, że inni i owszem, ale nie ja. Nigdy nie docierało do mnie, że jest coś nienormalnego w niepoznawaniu siebie w lustrze (tak, tamta dziewczyna jest szczupła i ładna, ale ja? Ja jestem gruba, mam zeza, skołtunione włosy i czerwoną jak cegła, patelniowatą twarz. Ja to nie ona. Chciałabym nią być). Ja naprawdę widzę brzydkiego, zgarbionego grubasa. 

Nigdy nie poznałam Any. Nigdy nawet nie chciałam być pro Ana. Więc, dlaczego ja? Dlaczego dziewczyna, która kiedyś tylko się odchudzała, później tylko miała różne dziwne epizody... Kiedy? Jakim cudem w to weszłam? 

Myśl, że nigdy nie rozpoznam siebie w lustrze jest straszna. Świadomość, że mój mózg oszukuje nie tylko lustro, ale nawet wagę jest wstrząsająca. Więc w jaki sposób mam wiedzieć ile mierzę, ile ważę, jaki noszę rozmiar? Nigdy nie zaskakiwało mnie, że wszystkie moje ubrania są bardzo szerokie (taki rozmiar noszę, inne będą za ciasne). Ja M - S? Nie, bez jaj... ja noszę przynajmniej L, a najlepiej XL. 

Wymiotuję? Tak, faktycznie nie umiem zaprzeczyć, ale to tylko dlatego że mam słaby żołądek. Nie, nie mam napadów wilczego apetytu. Fakt, najczęściej jem 1-2 posiłki dziennie, ale... Biegam? Sport to zdrowie.

Na wszystko zawsze miałam odpowiedź. Nawet wtedy, kiedy jadłam pół parówki dziennie albo ćwiartkę papryki. W końcu Ona powiedziała: moja córka nie jest chora, ona się tylko wydurnia. Skoro tak powiedziała, to przecież to prawda, prawda? Matka wie najlepiej. Dobra, maksymalnie mam jadłowstręt, ale nie anoreksję... 

Posypałam się. Wiecie, muszę teraz jakoś poskładać siebie. To takie strasznie abstrakcyjne: dla mnie anorektyczki to te dziewczyny o fizjonomii baletnicy. Ja nie jestem taka. Ja naprawdę czuję swój tłuszcz. Ja wiem, co widzę w lustrze. Jak mam uwierzyć, że to nie prawda?

niedziela, 26 stycznia 2014

11. Sekretne życie Waltera Mitty

Dzisiaj obejrzałam "Sekretne życie Waltera Mitty" i... jestem zachwycona tym filmem. Opowiada on historię Waltera, który jest naprawdę nudnym, nieśmiałym i przewidywalnym człowiekiem. Ma jednak coś, co odróżnia go od innych: bogatą wyobraźnię, która ubarwia jego życie.
Dla mnie to kolejna opowieść motywacyjna, że warto czasem stawiać wszystko na jedną kartkę, że warto walczyć, że warto próbować. Nawet jeśli tak naprawdę nikt nie trzyma za nas kciuków, a część chętnie jeszcze podstawiłaby nam nogę. Nie silę się tutaj na próbę napisania jakiejś recenzji, ale... ten film ma coś w sobie. Przynajmniej ja po obejrzeniu go byłam zachwycona i uśmiechnięta. 

Czy to możliwe, dostać grypy żołądkowej drugi raz w ciągu trzech tygodni?

sobota, 25 stycznia 2014

10. Wspomnienie (I)

Mam siedem, może osiem lat. Jest dobrze po północy, kiedy się budzę. Słyszę wrzaski na dole. Wiem, że wrócili. Wiem, że Ona będzie krzyczeć. Może Go uderzy? Wiem, że potem zacznie mnie szukać. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu, Ona wie, że jestem i słucham. Wychodzę z łóżka i na palcach idę w kierunku schodów. Siadam na szczycie i patrzę. Widzę tylko fragmenty, niepełne obrazy, obserwuję to, co się tam dzieje. Słyszę wrzaski, wyzwiska, głuche uderzenie. Dlaczego Ona to robi? Na moim ciele pojawia się gęsia skórka i nie za bardzo mogę się ruszyć. Czekam aż Ona pójdzie spać. Wiem, że muszę poczekać aż na dole wszystko się uspokoi. Wtedy tam zejdę i sprawdzę, czy wszystko jest w porządku.

czwartek, 23 stycznia 2014

9. Zmotywowałam się

Ten wpis powstał pod wpływem chwili. Jeszcze miesiąc temu - kiedy nie chodziłam ani do psychologa, ani do psychiatry na coś takiego jak: Projekt Odważ Się Żyć, patrzyłam bardzo sceptycznie. Dla mnie to był rodzaj nic nie wartych banałów, takich powtarzanych złotych myśli, które nie mają żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości, bo... strach i bezsilność są silniejsze. Ja jestem zbyt słaba. Ja nie potrafię. Ja się do niczego nie nadaję. Ja jestem bezużytkiem. Ja jestem sama sobie winna. To ja nie spełniam niczyich oczekiwań. Tak bez końca. Teraz widzę, że to rzeczywiście jest męczące, ale wtedy brzmiało sensownie i... było prawdą. 
W każdym razie dzisiaj się na to natknęłam i tak jakoś udało mi się dostrzec w tym pewien sens. Wiem, że w mojej pokręconej głowie takie filmiki trafiają do mnie na góra kilka dni, ale może tym razem będzie inaczej? Urzeka mnie, że wcale nie są nasączone najtańszą filozofią, ale zawiera się w nich jakaś tam prawda. Chociaż, oczywiście jutro mogę uznać, że to wszystko skończone bzdury.

Pierwszy filmik spodobał mi się właśnie przez nawiązania do strachu - czyli do emocji, którą czuję (czułam?) niemal każdego dnia. 


Drugi jest właściwie mi bliski, bo chociaż nie zmieniam świata, ale pewnego dnia postanowiłam zmienić siebie. I chociaż jest ciężko (te ciągłe: daj spokój, przecież się narzucasz; jesteś brzydkim, grubym, obleśnym, głupim, nienormalnym, ohydnym nieużytkiem), ale jakoś zaciskam zęby i idę dalej. Może to najwyższy czas, żeby wyznaczyć sobie jakieś cele? 


Teraz przyszło mi do głowy, że powinnam spróbować rzucić sobie jakieś wyzwanie. Wymyśliłam coś niespecjalnie skomplikowanego: 4 dni ćwiczeń. 

środa, 22 stycznia 2014

8. Być blisko

Denerwuje mnie, że to zawsze tylko ja dbam o nasz kontakt. Byłam w szpitalu a nawet nie napisałaś mi smsa! Ja teraz w ogóle nie jestem z tobą blisko. Odseparowałaś się od nas. M. i E. wiedzą co się u mnie dzieje. Ty nie! Gdybym się do ciebie nie odzywała, to sama byś nigdy pierwsza nie napisała!

Ciężko mi odpowiedzieć na te zdania. Wiem, że na swój sposób Ed ma rację, że faktycznie nie dbam o nasz kontakt, chociaż nazywam ją przyjaciółką. Tylko, że ja nie potrafię. Zawsze odsuwałam się od ludzi, zawsze stałam z boku i zawsze tylko się przyglądałam. Z drugiej strony, coraz częściej zaczynam czuć w stosunku do niej gniew. Skąd miałam wiedzieć, że jest w szpitalu, skoro mi tego nie powiedziała? Skąd mam wiedzieć z kim się spotyka? Poza tym, zaczęłam się teraz do niej odzywać. Staram się przynajmniej raz na dwa tygodnie wysłać jej zapytanie o to, co słychać, jak się czuje, czy wszystko w porządku. Problem w tym, że Ed też nie zachowuje się fair. 
Kiedy istniało u niej podejrzenie SM, chodziłam z nią po lekarzach, wpadałam do szpitala, przynosiłam jej owoce, próbowałam ją wspierać. Szkoda, że tego nie pamięta. 

Teraz ja mam problem. Nie chcę żeby zabrzmiało to tak, że jest poważniejszy od jej problemów, bo tak nie jest. Jest po prostu inny. Nie czuję wsparcia ze strony Ed, nie czuję nawet zainteresowania. Nie chodzi o to, żeby przybiegała do mnie z owocami albo towarzyszyła mi w drodze do lekarza. Chodzi tylko o to, żeby zrozumiała. Ona ma padaczkę, ja jestem... Ona może brać leki, a ja muszę wyciągnąć ze swojej głowy wszystko to, co się tam nagromadziło latami, dzięki czemu zbudowałam kokon wokół siebie i nie zwariowałam wtedy. 

niedziela, 19 stycznia 2014

7. Druga wizyta u psychiatry

Zastanawiam się, jak zareagowaliby moi znajomi, gdyby się dowiedzieli, że chodzę do psychiatry i psychologa (może lepsza byłaby nazwa: psychoterapeuty?). Część z nich na pewno byłaby tym faktem zaskoczona, druga może by się odwróciła? Co za różnica... 

Psychiatra jest chyba dumny z moich postępów. Twierdzi, że w niedługim czasie powoli zaczęłam się wygrzebywać z niebytu. Tak, też to tak widzę. Może nie jest tak, jak chciałabym żeby było, ale... nie wszystko od razu, prawda? 

Wymiotowanie jest formą kotwicy, która mnie uspokaja. Tak przynajmniej stwierdził psychiatra. Owszem, trzeba z tym walczyć, ale to po prostu moja kolejna metoda na kontrolowanie się. Zabawne: zamieniłam cięcie się na wymiotowanie. Chociaż... może to wcale nie jest zabawne? Może to żałosne? 

Dzisiaj i wczoraj działam. Napisałam dwa artykuły (jeden do pracy, drugi naukowy), kilka rozdziałów swojej powieści, pracę na zaliczenie, znalazłam materiały do licencjatu i pracy magisterskiej. Jestem z siebie dumna. Upiekłam też dietetyczne eklery (o ile takie mogą być).  

czwartek, 16 stycznia 2014

6. Boję się

Dzisiaj mam cholerny napad strachu. Boję się tak bardzo, że mam ochotę uciec gdzieś, najlepiej do jakiejś mysiej nory. Trzęsą mi się ręce, mam ochotę wymiotować (kaszel wymiotny już mam). O co znowu chodzi? 

Najgorsze są te popieprzone myśli: "nikt cię nie lubi", "zwróć uwagę na ton jego głosu", "odejdź tylko wszystkim przeszkadzasz", "głupia, gruba krowa", "wyglądasz idiotycznie", "jesteś taka gruba, dziwne, że nie widać tego po tej kurtce", "przecież i tak nie potrafisz tego zrobić", "jaka ty jesteś żałosna", "idź, ponarzucaj się komuś innemu", "wiesz, czemu tak patrzą? bo uważają cię za małą, nadętą, zarozumiałą gnidę". "i co z tego, że tak powiedzieli? chcieli żeby ci było miło", "potnij się, tylko to umiesz zrobić", "mdli mnie jak na ciebie patrzę", "naprawdę myślisz, że im na tobie zależy?". 

Nie wiem. Na żadne z tych zdań nie znam prawidłowej odpowiedzi. Wiem tylko, że wymiotowanie nic nie da, że cięcie się nic nie da... Nie chcę wymiotować. Nie chcę się ciąć. Chcę działać! Robić coś! Tylko... nie potrafię. 

K.rwa mać. 

Jutro idę do psychiatry. Znowu lunatykuję. 


edit: to było silniejsze. Zwymiotowałam.

środa, 15 stycznia 2014

5. W sądzie i poza nim

Wczoraj i dzisiaj były straszne. Osiem godzin w autobusie, rozprawa w sądzie (która w końcu się nie odbyła), mój dziki lęk i ogromne poczucie winy a teraz wściekłość. Tak, jestem wściekła. Tak bardzo zezłoszczona, że gdybym tylko mogła uderzyłabym J. w twarz, wydłubałabym mu oczy ale przede wszystkim: kopałabym, biłabym i wrzeszczałabym. A tak serio? Pewnie spojrzałabym mu w twarz, a potem odwróciłabym się i tyle. Cała histeria rozegrałaby się tylko w mojej głowie. 
Ojciec powiedział, że mnie kocha. Mama powiedziała, że mnie kocha. W sumie to ja pierwsza rzuciłam: kocham was, a potem oni to ciągle powtarzali. Chyba nie mogli uwierzyć, że tak do końca, uparcie, stałam po ich stronie. 

Psycholog uznał, że zbudowałam bardzo silny system ochronny wokół siebie. Nie dopuszczam nikogo na tyle blisko by mógł mnie zranić. Tylko, że ja tego tak nie odczuwam. Owszem: nie okazuje emocji, ale to nie znaczy, że ich nie mam. Po prostu kotłują się w środku.

Nie wymiotowałam trzy dni i nie miałam napadów dzikiego obżarstwa. Leki chyba znowu działają (byleby nie robić takich głupich przerw od nich). Mam jakąś chęć do działania, to chyba dobrze, nie?

sobota, 11 stycznia 2014

4. Bardzo boli mnie głowa

Wydaje mi się, że powoli poznaję odpowiedź na to, dlaczego nic nie kończę. Kiedyś, kiedy było bardzo źle powiedziałam sobie, że jak tylko zrobię wszystkie zaległe sprawy - odbiorę sobie życie. Oczywiście za tą pełną wściekłości myślą nie szły w parze żadne czyny, ale wtedy naprawdę tak czułam. Może moja podświadomość właśnie wtedy się zablokowała? W pewien dziwny sposób postanowiła bronić mnie przede mną samą? 

Skończyłam czytać kolejną książkę. Skończyłam jeden projekt. Bardzo próbuję cokolwiek robić, ale im bardziej się staram tym gorzej się czuję. Owszem, udaje mi się jakoś brnąć do przodu, ale... poczucie bezsensu atakuje mnie ze wszystkich stron, ciągle mam ochotę wymiotować, notorycznie boli mnie głowa, dławią mnie złe myśli o sobie samej. Może ja nadal walczę? 

W poniedziałek widzę się z psychologiem. W piątek z psychiatrą. Dzisiaj nie wymiotowałam - jest dobrze. 

czwartek, 9 stycznia 2014

3. Czemu nic nie idzie w tym dobrym kierunku?

Chciałam dzisiaj zrobić coś konstruktywnego. Naprawdę chciałam. Problem w tym, że po pobycie w domu jeszcze bardziej się zablokowałam. I nie wiem, gdzie i co jest nie tak. Nikt mnie tam nie skrzywdził, nikt nie zrobił mi nic złego a jednak... leki nie pomagają, a ja znowu balansuje na granicy niebycia

Na sesji psycholog zapytał, dlaczego się maluję. Nie umiałam wtedy odpowiedzieć na to pytanie, ale dzisiaj chyba już znam odpowiedź. Maluję się, bo to daje taką zewnętrzną złudę, że wszystko jest w porządku. Im lepiej wyglądam, tym bardziej mogę ukrywać jak bardzo jest źle. To dlatego tak dbam o swój wygląd i tak mocno złoszczę się, kiedy nie wyglądam idealnie. Próbuję upiększyć opakowanie, bo czuję że w środku nic nie ma.

Dziś nie zwymiotowałam. Nie skończyłam też niczego, ale poszłam na zajęcia. Byłam na nich (choć bardzo bałam się samotnej podróży przez miasto). I wysłałam CV. Jest dobrze, prawda?

poniedziałek, 6 stycznia 2014

2. Tam, gdzie nie byłam jeszcze wczoraj

Ostatnio wpadłam na taką genialną myśl, że powinnam zacząć kończyć. Oczywiście nie potrafię na tą chwilę skończyć tego, co najważniejsze, ale może gdy uda mi się pokończyć te pozornie "banalne" sprawy, wtedy i te trudniejsze staną się jakieś takie prostsze? Próbuję więc kończyć: pozaczynane opowiadania, niedoczytane książki, różne, różnorakie sprawy. Może na dłuższą metę to przyniesie dobry skutek? 

Niedawno odchorowałam grypę żołądkową. Z jednej strony widzę, że przepisane leki działają (przestałam mieć napady wilczego głodu, niepokoju, gniewu i szału), ale z drugiej... wymiotuję. Każdego dnia znajduję przyczynę, dla której muszę zwymiotować. Mimo iż wcale nie jem dużo. Na najbliższym spotkaniu z psychologiem, spróbuję z nim o tym porozmawiać. Może to coś da?

sobota, 4 stycznia 2014

1. Tu gdzie teraz stoję

Są rzeczy, które już minęły i takie, które nie wrócą, choćby się bardzo chciało. Szanse, które przegapiamy. Szczęśliwe zakończenia, do których nie mamy już dostępu, bo za bardzo się baliśmy zrobić krok do przodu. Pchani śmiesznym przekonaniem, że jeśli się nie uda to zawali się nasz świat, woleliśmy trwać w bezruchu i czekać. Nie udało się, a świat nadal stoi. Nie udało się, bo nie spróbowaliśmy (może po spróbowaniu też by się nie udało, ale przynajmniej wiedzielibyśmy, że spróbowaliśmy, że walczyliśmy o swoje. 

Myślę teraz o rzeczach, które można było zrobić wtedy, kiedy się miało 16 lat. Tylko tyle, aż tyle i ani dnia więcej. Mini sukcesy, których istota właśnie wtedy kształtowała sposób postrzegania świata przez całe późniejsze życie.

Teraz, w trakcie terapii, dotarło do mnie, że chociaż ich nie wykonałam to jednak nadal mogę nie "zmarnować życia". Może to śmiesznie brzmi, ale moje życie było bardzo nudne i zaskakująco smutne jednocześnie. Zbyt zachowawcza, raczej typ podglądacza niż faktycznego "przeżywacza". Teraz chcę inaczej, teraz chcę żyć, nie wegetować.