Dzisiaj, całkiem nieświadomie (a może świadomie?) uraziła mnie moja współlokatorka. Zdarzyło jej się to już w sumie któryś raz. Zarzuciła mi, że skoro i tak nie mam co robić, mogę oglądać bez konsekwencji filmy. Niby nic, ale na swój sposób trochę mnie to ruszyło.
Poczułam się tak strasznie bezużyteczna. I jeszcze, że wszyscy dookoła widzą moją bezużyteczność, skoro potrafią mi powiedzieć: ty możesz, bo nie masz nic do roboty. Chodziłam później i zastanawiałam się, czy przypadkiem nie jest tak, że wszyscy sądzą, że chcę żerować na moim chłopaku. Bo mnie kocha, bo kupuje mi masę rzeczy, bo opłaca mieszkanie... To miłe, ale faktycznie czuję się bezużytkiem. Zamiast wziąć się w garść, znaleźć jakąkolwiek pracę - byleby tylko nie ciągnąć od rodziców i chłopaka, siedzę w mieszkaniu i niemal nie robię nic. Jasne, może ugotuję, sprzątnę lub zrobię pranie, ale... tak naprawdę to jest nic. Mogłabym więcej.
Takie myśli mocno kują. I chociaż chłopak powtarza, że o sprawy bytowe mam się nie martwić i jestem jego księżniczką, to zastanawiam się: jak długo będzie tak uważał? A za pięć lat? Jak się nic nie zmieni? Jak nadal będę siedzieć w domu? Tak bardzo chciałabym wziąć się w garść i pracować. A z drugiej strony... tak bardzo boję się ludzi, tak bardzo zniechęciłam się do pracy w korpo, tak bardzo nie wierzę, że ktokolwiek uzna moje kwalifikacje...
