czwartek, 27 lutego 2014

24. Bezużyteczna

Dzisiaj, całkiem nieświadomie (a może świadomie?) uraziła mnie moja współlokatorka. Zdarzyło jej się to już w sumie któryś raz. Zarzuciła mi, że skoro i tak nie mam co robić, mogę oglądać bez konsekwencji filmy. Niby nic, ale na swój sposób trochę mnie to ruszyło. 

Poczułam się tak strasznie bezużyteczna. I jeszcze, że wszyscy dookoła widzą moją bezużyteczność, skoro potrafią mi powiedzieć: ty możesz, bo nie masz nic do roboty. Chodziłam później i zastanawiałam się, czy przypadkiem nie jest tak, że wszyscy sądzą, że chcę żerować na moim chłopaku. Bo mnie kocha, bo kupuje mi masę rzeczy, bo opłaca mieszkanie... To miłe, ale faktycznie czuję się bezużytkiem. Zamiast wziąć się w garść, znaleźć jakąkolwiek pracę - byleby tylko nie ciągnąć od rodziców i chłopaka, siedzę w mieszkaniu i niemal nie robię nic. Jasne, może ugotuję, sprzątnę lub zrobię pranie, ale... tak naprawdę to jest nic. Mogłabym więcej. 
Takie myśli mocno kują. I chociaż chłopak powtarza, że o sprawy bytowe mam się nie martwić i jestem jego księżniczką, to zastanawiam się: jak długo będzie tak uważał? A za pięć lat? Jak się nic nie zmieni? Jak nadal będę siedzieć w domu? Tak bardzo chciałabym wziąć się w garść i pracować. A z drugiej strony... tak bardzo boję się ludzi, tak bardzo zniechęciłam się do pracy w korpo, tak bardzo nie wierzę, że ktokolwiek uzna moje kwalifikacje... 

środa, 26 lutego 2014

23. Lista niezałatwionych spraw

Po ostatnich paskudnych wpisach, przyszła pora na chwilę refleksji. Przede wszystkim... dzisiejszy dzień był całkiem przyzwoity pod względem mojego ukochanego działania. Niemal skończyłam poprawiać drugi rozdział pracy magisterskiej. W dodatku ćwiczyłam dzisiaj godzinę (i jutro też chcę). A co najważniejsze: wreszcie nie mam tak beznadziejnego nastroju, jak przez ostatnie kilka dni. Tworzenie jest jednak czymś szalenie ważnym. 

Będąc w domu napisałam sobie całą listę "niezałatwionych" spraw, które siedzą w mojej głowie. Były najmniejsze bzdury jak jakaś nieprzeczytana książka, albo nieodbyta (a zaplanowana) wizyta, ale pojawiły się też sprawy cięższe: nawrzeszczenie na nieżyjącą babcię, wygarnięcie tego co czułam ex-szefowej, dokończenie pracy magisterskiej, napisanie licencjackiej. Tego naprawdę zebrała się cała masa. Wiem, że to takie "dziecinne", ale mam wrażenie, że jeśli uda mi się wreszcie chociaż część z nich rozwiązać, to uda mi się też nadać swojemu życiu sens i znaczenie. Przestanę wreszcie  w e g e t o w a ć, a zacznę istnieć. To spora różnica. 
Słowa to chyba jedyny oręż, który mam. Tak, brzmi strasznie banalnie, ale to prawda. Z wieloma sprawami udało mi się rozprawić właśnie dzięki nim, dzięki ich sile i mocy.
Powoli chyba uda mi się "dokończyć" moje sprawy. Musi się udać, prawda? 

Ps: dzięki niedoszłemu zamachowi bombowemu nie poszłam w poniedziałek na spotkanie z psychologiem. Kochany człowiek, przełożył je na sobotę! 

sobota, 22 lutego 2014

22. Jak osa

Ostatnio cały czas jestem wściekła jak osa. Mam ochotę gryźć, kopać, krzyczeć, bić, piszczeć, wiszczeć, tupać, skakać, niszczyć, psuć, rozwalać, krzywić się, uderzać, walić, wściekać się... 
Chcę się wziąć do drugiego rozdziału pracy magisterskiej. I nie mogę. Cholera, czemu nie mogę tego zrobić? Mam wrażenie, że cofam się w terapii. I to strasznie.

piątek, 21 lutego 2014

21. Czuję obrzydzenie

Nie mogę już patrzeć na te przekłamane newsy z Ukrainy. Na młodzież walczącą za pieniądze z prezydentem. Nie chce mi się już słuchać o biednych Ukraińcach ich niedoli i nieszczęściu. Rzygam na to. Widzę w telewizji banderowskie flagi (to te malinowo-czarne) i rozumiem, co mówią. W większości to zwykli nacjonaliści, którzy czczą Stepana Banderę i są dumni z zamordowania 100 tysięcy Polaków. Ba, oni sądzą, że powinniśmy im teraz pomagać i cieszyć się razem z nimi. 

Dlaczego polskie elity wciąż jeszcze tłamsi jakaś chora rusofobia, że są gotowe sprzymierzyć się z mordercami własnego narodu, byle tylko dopiec Putinowi? Skąd w ogóle głupi pomysł, że go to choć trochę obchodzi? Mam kilku znajomych Ukraińców. I najporządniejsi z nich to ci, którzy pochodzą ze wschodu, za to największe k.rwy są ze Lwowa i okolic. Teraz właśnie one tak nawołują do walki z banderowską flagą w ręce. 

Przepraszam. Nie powinnam tego pisać. Po prostu... moja babcia na wieść o tym, co zrobiło UPA wyrzekła się swojego, ukraińskiego pochodzenia. Do końca życia nie wypowiedziała nawet słowa po ukraińsku. 

czwartek, 20 lutego 2014

20. Ucieczka ze stolicy

Jest źle. Nie myślałam, że jeszcze wróci to wszystko co przed lekami, ale wróciło. Nie mam może napadów szału, ani nie rzucam przedmiotami, ani się nie tnę, ale... nie śpię, wycofuję się i kompletnie nie potrafię rozmawiać. Ona mówi. Opowiada jak to była w pracy, jak to wydała miliony monet na nowy telewizor, na cośtam jeszcze, i jeszcze, a jeszcze musi zebrać 10 tyś., na tego ch.ja - a ja słucham. Słucham, że jestem niezaradna życiowo, że Ona nie ma pieniędzy, a ja potrafię tylko przytaknąć: tak, masz rację. jestem niezaradna życiowo. 

Następnego dnia wzięła mnie na zakupy. I cały czas ciągnęła od sklepu do sklepu i pytała co mi kupić. A ja nic nie chciałam i denerwowałam się, że Ona próbuje wydawać na mnie pieniądze, chociaż dzień wcześniej krzyczała jak bardzo nie ma. Robiła to po to, żeby mnie kolejny raz przekupić, żebym zapomniała o wczorajszych słowach. Zawsze mnie przekupywała. Tak jak Tato zawsze uważał, że wszystko zrozumiem, zaakceptuję i jestem zbyt dojrzała i mądra, żeby mnie tak po ludzku chronić przed tym wszystkim. 

piątek, 14 lutego 2014

19. Inteligencja

Dzisiaj idę do psychiatry i jakoś nie mogę zasnąć. 

Współlokatorka namówiła mnie do zrobienia sobie testu predyspozycji zawodowych. I tak jakoś po zrobieniu go, zauważyłam, że mogę zrobić też kolejne: test inteligencji emocjonalnej, test - wiek mózgu i naturalnie test IQ. Ogólnie podchodzę do takich zabaw z dużym dystansem bo wiadomo, że kilkanaście pytań, które generują nasz iloraz inteligencji czy opisują predyspozycje do pracy nie są najbardziej miarodajne, ale... zawsze miło sobie coś takiego zrobić. Oczywiście problem w tym, że ja (jak to ja) podchodzę do tego trochę na zasadzie: jak wyjdzie, że masz sporą to kłamią, jak okaże się że jesteś idiotką to mają rację. Tym razem wynik mnie naprawdę zaskoczył bo zdaniem testu moje IQ wynosi aż 170, a emocjonalne 140. Biorąc pod uwagę, że takie wyniki są po prostu nierealne, zastanawiam się jaki twórca takiego testu pozwala w ogóle na takie wyniki. 
Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek, kto odpowie prawidłowo nawet na wszystkie pytania testowe zbliżył się do mensowskiej granicy. Prawdę mówiąc nie o tym chciałam napisać. 
Kiedyś, jakieś 10 lat temu miałam robiony test na inteligencję. Poszedł mi chyba nieźle, ale nie jakoś szczególnie wybitnie. Okazało się, że wyszło mi wtedy 142. Czy to dużo czy mało? Nie wiem. W szkole byłam dobrym ale nie wybitnym uczniem. Moja dobra przyjaciółka, z wynikiem o wiele słabszym od mojego miała lepsze oceny. 

Wspominam o tym dlatego, że dzisiaj naszła mnie taka śmieszna myśl, że może w tym tkwi mój problem. Może chodzi o to, że jestem zawieszona między "normalnymi ludźmi" i osobami o "wybitnej inteligencji" nie pasując nigdzie. Widzę po sobie, że mam inny sposób myślenia niż moi znajomi. Wiele spraw rozwiązuję bardzo logicznie, szybko. Nie mam problemu z obiektywną oceną sytuacji, z szukaniem prostych rozwiązań. Nie cierpię komplikowania, wyszukiwania niepotrzebnych trudności i problemów tam gdzie ich nie ma. Jednocześnie w swojej własnej głowie mam całą masę wątpliwości. Ciągle i od nowa wałkuję czy mogę, czy powinnam, czy to ma sens. Co najzabawniejsze: łatwo mi podejmować decyzję w sprawach ważnych i trudnych (śmierć, rodzinna kłótnia, studia, choroba), ale kompletnie nie radzę sobie przy takich błahych czynnościach, nad którymi większość ludzi w ogóle się nie zastanawia. 
Może dlatego tak trudno mi cokolwiek zrobić? Może dlatego nie potrafię znaleźć swojego celu w życiu? Może to zawieszenie tak mnie rozdziera? Chciałabym rzeczy wielkich i wzniosłych, a gubię się w prostym, codziennym życiu. 


środa, 12 lutego 2014

18. Angażowanie się

Gdyby tylko udało mi się zaangażować. Zatracić w robieniu czegoś, poczuć pasję, chęć, siłę do rzucenia wszystkiego i robienia właśnie tej jednej, jedynej rzeczy. Chyba byłabym wtedy naprawdę szczęśliwą osobą. Patrzę na ludzi, którzy mają pasje, zainteresowania, plany, nadzieje, marzenia i... i widzę, że mnie to jakoś omija. Jestem jak dryfująca po morzu kłoda suchego drewna. Teraz unoszę się na falach, ale z czasem napęcznieję i pójdę na dno. Nic mnie specjalnie nie interesuje, niczym nie potrafię się zafascynować. Wszystko na dłuższą metę nie ma ani sensu ani znaczenia. 
Przeraża mnie własna aberracja myślowa, która powoduje ten brak pasji. Skoro potrafię to nie muszę tego robić. Skoro umiem, to nie jest dla mnie. Skąd taki błąd? Przecież to czego nie umiem nigdy nie będzie dla mnie. Nie zostanę łyżwiarką figurową w wieku 23 lat (tak jak nie zostanę już ani lekarzem, ani królową balu maturalnego, ani kosmonautą, ani mechanikiem samochodowym). A właśnie do tego wszystkiego czuję pociąg. Im bardziej niedorzeczna wydaje się myśl, tym bardziej "chcę". Zostanę aktorką? Tak, ale w Rosji. Chcę jeździć konno - chociaż do tej pory niewiele miałam z tym wspólnego. Napiszę grę komputerową, skomponuję musical... Gdzieś w środku mojej głowy czai się taka głupia pewność, że gdybym nagle   m o g ł a  to wszystko zrobić od razu poczułabym, że to nie jest tym, czego naprawdę chcę. 

A dzisiaj? Dzisiaj działam. Obejrzałam dwie wersje Rozważnej i romantycznej. Napisałam stronę pracy magisterskiej i kilka swojej powieści. Uwielbiam działanie.

niedziela, 9 lutego 2014

17. Zła energia uciekła

Przynajmniej na chwilę. Nic mnie nie boli i mam ochotę się uśmiechać. Jutro widzę się z psychologiem. Na pewno będzie lepiej. Wierzę w to! Na jednej z babskich stron znalazłam coś takiego:


Może to bardzo naiwne, ale dlaczego by nie? W sumie wolałabym jednak zostać człowiekiem sukcesu niż porażki. Dzisiaj czwarty dzień pod rząd widzę się ze znajomymi (kolejnymi) i zaczynam już padać ze zmęczenia. Najbardziej lubię ten swój malutki, samotny pokoik...

sobota, 8 lutego 2014

16. Jestem tu?

Wymyśliłam sobie, że malutkie rozplątywanie poplątanych sznurków moich niedokończonych spraw może mi pomóc. Próbuję więc wszystko pomalutku kończyć. Od tygodnia jakoś mi nie wychodzi. 

Może to wina braku psychologa? Nie widzieliśmy się już dwa tygodnie i chyba tracę motywację. Kompletną motywację. Niby biorę leki, niby coś robię, ale wszystko ostatnio skupia się wokół mojego brzucha, środka głowy i poczucia niechęci do samej siebie. I czegoś jeszcze: takiego strasznego "o-jak-mi-strasznie-mdląco" uczucia, które rozbija gdzieś w środku mój umysł. 

piątek, 7 lutego 2014

15. Co dalej?

Od śmierci wujka nie wymiotuje. To duży plus, chociaż w głowie ciągle mam te nieznośne myśli: idź do toalety, zrób to, będzie ci lepiej, patrz jak ci to ciąży na żołądku. I nie pomaga tłumaczenie: hej, ale ja zjadłam raptem jedną, upieczoną własnoręcznie babeczkę, nie jadłam nic cały dzień a to był normalny obiad. Mózg działa inaczej, on wie swoje, namawia. Od jego śmierci też jakoś tak zmieniło się moje patrzenie na siebie. Wcześniej chyba nie traktowałam aż tak poważnie tego, że chodzę do psychiatry i psychologa. Wydawało mi się, że to jest coś takiego co mnie przestawi na właściwe tory. Teraz widzę, że jeśli nie podejmę walki to nic mi to nie da. Niby taki banał, ale mnie teraz prześladuje. Chcę podejmować samodzielnie inicjatywę, chcę czuć radość z działania. 

środa, 5 lutego 2014

14. Gdzie leży prawda?

Trudno wierzyć samej sobie, kiedy wzrok i umysł potrafią oszukiwać mnie na każdym kroku. Zrozumiałam to w chwili, kiedy udowadniałam, że nie mam problemów z racjonalnym widzeniem siebie. Stanęłam na wadze i... zobaczyłam tam 84 kilogramy. Moim zdaniem to bardzo dużo. Poczułam lęk, strach, niechęć do siebie i swojego sadła. Zawołałam narzeczonego i Ed, żeby w końcu zobaczyli, że moja nadwaga jest faktem. Przyszli.
Jakim cudem, skoro ja tam widzę 84, oni widzą mniej? I to nie mniej o 1, 2, 3 kilogramy ale o 20? Jakim cudem? Przecież to kompletnie niemożliwe, prawda? 

Chyba dopiero teraz zaczynam przeżywać śmierć wujka. Niespecjalnie mogę się na czymkolwiek skupić i zrobić coś konstruktywnego. Zaczęłam czytać IQ84 Murakamiego, próbuję dokończyć pisane opowiadanie (mam już 55 rozdziałów!). Sesję zakończyłam ze średnią 4,95 - ale nie czuję z tego powodu radości. Chyba muszę się mentalnie uspokoić. I dopiero wtedy może będzie dobrze? Może znowu zacznę robić coś bardziej konstruktywnego?

wtorek, 4 lutego 2014

13. Śmierć

Jak to możliwe, że ktoś, kto dla nas był wszystkim, dla reszty pozostaje tak mało znaczącym zerem? Bo nie założył rodziny, bo nie miał stałej pracy, bo ukończył szkołę specjalną, bo leczył się psychiatrycznie. Oni widzieli w nim człowieka, któremu nie udało się życie. 

A ja? Ja widziałam wujka, który miał pasję. Kochał motocykle, zbierał stare żelazka i potrafił zbudować najlepszą huśtawkę pod słońcem. Świetnie grał w karty i nieźle rysował. Często się ze mną drażnił i może niewiele wiedział, ale za to potrafił pokazać mi to wszystko, czego sama nigdy bym nie dostrzegła i zbudował domek na drzewie. To normalne, że szukał i pragnął miłości. I to cholernie przykre, że śmiała się z tego jego własna rodzina. A jego choroba? Co było z nią nie tak? 

Na pogrzebie nie umiałam płakać. Jakoś ciągle nie dociera do mnie, że On faktycznie nie żyje. Po głowie biegało mi takie głupie wspomnienie: jest lato, pewnie lipiec, siedzimy razem z kuzynką i jego kumplem, "ja mam już wiek chrystusowy - 33 lata". 10 później umarł. Co zrobiłby, gdyby wiedział, że to jego ostatnie 10 lat, z których 7 przeżyje w ciężkiej (naprawdę ciężkiej z psychotropami, elektrowstrząsami i zakładami psychiatrycznymi) depresji?