Zanim wpadłam na genialny pomysł by iść do psychologa i psychiatry, zdążyłam już wejść we wszystko, w co tylko dałam radę. Było ED, były niebezpieczne zachowania, był alkohol, popieprzone relacje z otoczeniem a przede wszystkim... ciągłe uczucie pustki, niezadowolenia z siebie i własnej osoby. Ten blog to moja terapia. Może... może uda mi się wreszcie z tego wyjść?
poniedziałek, 31 marca 2014
31. Wściekłość
Wściekłość i gniew. Bije po głowie, falami uderza w moje jestestwo. Ułożony na chwilę kruchy świat, rozpada się na wiele nijakich elementów. Gdyby tak można było rozerwać siebie, zrzucić skórę i uciec tam, gdzie nikt nie odnajdzie. o byłoby prawdziwe szczęście.
niedziela, 30 marca 2014
30. Studniówka
Dzisiaj, wraz z kilkoma osobami z mojej klasy z liceum, obejrzałam naszą studniówkę. Przede wszystkim rzuciło mi się w oczy, że... nie byłam gruba. Nie mam pojęcia dlaczego dopiero teraz to dostrzegam, ale byłam naprawdę bardzo szczuplutką dziewczyną. Pamiętam, jak byłam przekonana, że jestem jedną z najgrubszych kobiet tam. Teraz widzę, że wcale tak nie było. Kamerzysta często mnie kręcił, jestem niemal na każdym ujęciu. I wcale nie dlatego, że wyglądałam jak hipopotam albo czerwony goryl.
Ciekawe, że pewnie rzeczy widać dopiero po latach. Poza tym, na tej studniówce zauważyłam jeszcze, że dziewczyna dobre piętnaście kilo cięższa ode mnie przyszła z gołym brzuchem. Ona nie miała kompleksów. Ja byłam przerażona możliwością pokazania moich otłuszczonych ramion.
Zastanawiam się, jak będę patrzeć na moje zdjęcia z dzisiaj za dziesięć lat. Też uznam, że wcale nie jestem tak gruba jak myślę?
sobota, 29 marca 2014
29. O.
Często myślę o O. Dzisiaj nie rozmawiamy już tak wiele jak dawniej. Nie piszemy do siebie długich elaboratów, nie mamy miliarda wspólnych tematów, szczerze mówiąc dzisiaj już są takie miesiące, w których nie zamieniamy nawet jednego słowa.
Szukając przyczyn własnego zastoju i poszukiwania rozwiązania własnych emocjonalnych problemów, ciągle do głowy przychodzi mi ona. Z O. poznałam się prawie osiem lat temu przez Internet. Bardzo dużo rozmawiałyśmy. Dwie diametralnie różne dziewczyny. Ja - taka kompletnie zacofana, grzeczna uczennica z silnie zarysowanymi zasadami moralnymi i O. Po prostu O. Szalona, pyskata z szerokim doświadczeniem seksualnym, traktowana niezupełnie poważnie przez wszystkich dookoła. Chyba jako pierwsza potraktowałam ją naprawdę serio.
To były takie ciche, długie rozmowy. O filozofii, o emocjach, o świecie. Szczerze mówiąc, naprawdę się rozumiałyśmy. Nie oceniałyśmy. Nie oczerniałyśmy. Dopingowałam ją do tego, by weszła w normalny związek, taki zupełnie na poważnie; żeby poszła na studia; żeby pozwoliła sobie na szczęście. Ona mi zaufała.
Chyba nikogo od niej bardziej nie skrzywdziłam odwracając się. Nie zrobiłam tego do końca świadomie. Ja też poszłam na studia, ja też zakochałam się, ja też miałam swoje problemy. w których mi nie pomogła. Ukochała wino, wywalono ją ze studiów i... i tyle. Od niedawna próbuję odbudować kontakt. Idzie mi raczej trudno, ale chyba mi się uda. Chciałabym ją na swój sposób wyciągnąć z tego. Z wina, z własnej nieszczęśliwości, doprowadzić do ukończenia studiów. Chyba najbardziej jednak chciałabym, żeby ktoś jeszcze widział, jaka jest bystra i naprawdę inteligentna. To najmądrzejsza osoba jaką znam.
Zawsze lepiej wychodziło mi układanie cudzego życia niż własnego. Coś takiego powiedziała nawet moja mama. Któregoś ranka, będąc na kacu stwierdziła prostodusznie, że kiedy jestem obok niej, nie boi się bo wie, że wszystko posprzątam i ułożę na właściwe miejsce, a jak za bardzo pójdzie w tan to ją przywołam do porządku. Huh, ciekawe jak to możliwe, że skoro tak świetnie radzę sobie z cudzym życiem, to dlaczego nie umiem z własnym?
Pierwsze dni po zakończeniu terapii psychologicznej były trudne. Nie chodziło o to, że brakowało mi siły do działania, ale o takie śmieszne poczucie, że oto kieruję swoim życiem sama, że już nie ma pana, który mi przyklaśnie i powie: masz prawo tak robić. Dokonywanie wyborów jest ciężkie. Ale jakoś daję radę. I póki co to jest ważne, prawda?
czwartek, 20 marca 2014
28. Musk szwankuje
W poniedziałek mam ostatnią wizytę z zaplanowanych u psychologa. Teoretycznie mogę przedłużyć terapię, ale... nie wiem czy to ma sens. Prawdę powiedziawszy, wydaje mi się, że nie jest mi ona już potrzebna. Jasne, niespecjalnie cokolwiek robię (ale się staram!), ale psycholog chyba nie jest mi aż tak potrzebny. Czuję, że nie umiem mu się zwierzyć. Nie potrafię tego zrobić. Jest między nami jakaś ściana, niewidzialny mur, którego nie umiem przekroczyć. Tak, on się stara, ale nie może. To ja mam klucze do bramy. I go po prostu nie wpuszczam.
Przyjaciółka z chłopakiem namawiają mnie na kontynuowanie terapii... Tylko, czy to ma sens?
Nie cierpię tego, co siedzi w moim popsutym musku (bo to nie jest mózg). Nakładam leginsy. Patrzę na swoje nogi. Wydają się całkiem dobrze wyglądać. Pięć minut później nagle są trzy razy większe, pełne cellulitu i wyglądają strasznie. To samo jest z innymi częściami ciała. Najgorsze jest to, że wiem, że moja twarz nie przytyła, ale podświadomie coś podpowiada mi... zobacz, jest większa, o wiele większa, pewnie nie masz drugiego podbródka, ale czy to coś znaczy? czy wszyscy grubi mają grubą twarz? A na moje: ale zawsze twarz mi tyła, ten niezrażony głosik odpowiada: widać teraz jest inaczej. I jak tu z nim dyskutować?
środa, 12 marca 2014
27. Nowe postanowienia
Znowu zepsułam masę spraw. Zawaliłam. Wiecie co jest najgorsze? Świadomość, że tak naprawdę, kiedy dacie sobie spokój z robieniem wszystkiego co trzeba nic się nie stanie. Świat się nie zawali. Nic nie zmieni swojego miejsca. Tylko wy zostaniecie z tyłu. I tylko w waszej głowie.
Wymyśliłam sobie, że tak dalej nie można trwać w tym bezładzie. To nie ma sensu, ani znaczenia. Co z tego, że biorę leki i chodzę do psychologa, skoro nadal nic nie robię?
3 godziny. 3 godziny pisania dziennie.
To rozwiązałoby moje wszystkie problemy (większość).
W ramach postu: nie piję alkoholu, nie jem słodyczy, chleba (żadnego), unikam makaronów i ryżu, staram się ćwiczyć.
Jak bez tego nie schudnę to już nic nie wiem.
wtorek, 11 marca 2014
26. Wspomnienie 2
Ona wie, że jestem gdzieś tam ukryta na schodach, że potem uciekam do szafy, do łazienki, pod łóżko, albo zakopuję się w kołdrze. Wie o tym, bo często po tym jak skończy się awanturować idzie na górę i mnie szuka. To taka nasza niepisana gra. Ja uciekam, Ona mnie ściga. Chciałabym uciec do babci albo dziadka, ale jeśli to zrobię, będzie jeszcze gorzej. Wtedy zacznie wrzeszczeć na nich i mnie ciągać. Chodzi o to, żeby przekonać Ją, że śpię. A potem kiedy zaśnie, mogę zejść na dół. Muszę sprawdzić, że nie stało się nic złego.
Mam siedem, może osiem lat. Jak będę mieć dwanaście odgłosy awantury będą mnie paraliżować tak mocno, że nie będę potrafiła się ruszyć. Ale póki co umiem. Umiem zejść po drewnianych, skrzypiących schodach na dół. Umiem następnego dnia udawać ze wszystkimi, że nic się nie zdarzyło.
Mam siedem, może osiem lat. Jak będę mieć dwanaście odgłosy awantury będą mnie paraliżować tak mocno, że nie będę potrafiła się ruszyć. Ale póki co umiem. Umiem zejść po drewnianych, skrzypiących schodach na dół. Umiem następnego dnia udawać ze wszystkimi, że nic się nie zdarzyło.
czwartek, 6 marca 2014
25. Miotanie
Znacie to uczucie, kiedy w środku rzucacie się z kąta w kąt? Nie możecie odnaleźć ani kierunku, ani sensu, ale coś nie daje spokoju. I rzuca, i miota, i drażni, i ciągle gdzieś, z tyłu głowy pewnie, się czai. Tak mniej więcej czuję się.
Chciałabym uciec. Nie wiem gdzie i nie wiem nawet z kim. Czasem jest to mój chłopak, czasem dobra koleżanka, a czasem jestem to ja sama. Uciec do jakiejś chatki gdzieś w lesie, albo na pustyni. Uciec. Zniknąć. Rozpłynąć się. Tam, gdzie nie będzie internetu, telefon nie będzie miał zasięgu. Tylko ja, długopis i kartki. Może nie być nawet toalety.
Wszystko mi zbrzydło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)