środa, 15 stycznia 2014

5. W sądzie i poza nim

Wczoraj i dzisiaj były straszne. Osiem godzin w autobusie, rozprawa w sądzie (która w końcu się nie odbyła), mój dziki lęk i ogromne poczucie winy a teraz wściekłość. Tak, jestem wściekła. Tak bardzo zezłoszczona, że gdybym tylko mogła uderzyłabym J. w twarz, wydłubałabym mu oczy ale przede wszystkim: kopałabym, biłabym i wrzeszczałabym. A tak serio? Pewnie spojrzałabym mu w twarz, a potem odwróciłabym się i tyle. Cała histeria rozegrałaby się tylko w mojej głowie. 
Ojciec powiedział, że mnie kocha. Mama powiedziała, że mnie kocha. W sumie to ja pierwsza rzuciłam: kocham was, a potem oni to ciągle powtarzali. Chyba nie mogli uwierzyć, że tak do końca, uparcie, stałam po ich stronie. 

Psycholog uznał, że zbudowałam bardzo silny system ochronny wokół siebie. Nie dopuszczam nikogo na tyle blisko by mógł mnie zranić. Tylko, że ja tego tak nie odczuwam. Owszem: nie okazuje emocji, ale to nie znaczy, że ich nie mam. Po prostu kotłują się w środku.

Nie wymiotowałam trzy dni i nie miałam napadów dzikiego obżarstwa. Leki chyba znowu działają (byleby nie robić takich głupich przerw od nich). Mam jakąś chęć do działania, to chyba dobrze, nie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz