Gdyby tylko udało mi się zaangażować. Zatracić w robieniu czegoś, poczuć pasję, chęć, siłę do rzucenia wszystkiego i robienia właśnie tej jednej, jedynej rzeczy. Chyba byłabym wtedy naprawdę szczęśliwą osobą. Patrzę na ludzi, którzy mają pasje, zainteresowania, plany, nadzieje, marzenia i... i widzę, że mnie to jakoś omija. Jestem jak dryfująca po morzu kłoda suchego drewna. Teraz unoszę się na falach, ale z czasem napęcznieję i pójdę na dno. Nic mnie specjalnie nie interesuje, niczym nie potrafię się zafascynować. Wszystko na dłuższą metę nie ma ani sensu ani znaczenia.
Przeraża mnie własna aberracja myślowa, która powoduje ten brak pasji. Skoro potrafię to nie muszę tego robić. Skoro umiem, to nie jest dla mnie. Skąd taki błąd? Przecież to czego nie umiem nigdy nie będzie dla mnie. Nie zostanę łyżwiarką figurową w wieku 23 lat (tak jak nie zostanę już ani lekarzem, ani królową balu maturalnego, ani kosmonautą, ani mechanikiem samochodowym). A właśnie do tego wszystkiego czuję pociąg. Im bardziej niedorzeczna wydaje się myśl, tym bardziej "chcę". Zostanę aktorką? Tak, ale w Rosji. Chcę jeździć konno - chociaż do tej pory niewiele miałam z tym wspólnego. Napiszę grę komputerową, skomponuję musical... Gdzieś w środku mojej głowy czai się taka głupia pewność, że gdybym nagle m o g ł a to wszystko zrobić od razu poczułabym, że to nie jest tym, czego naprawdę chcę.
A dzisiaj? Dzisiaj działam. Obejrzałam dwie wersje Rozważnej i romantycznej. Napisałam stronę pracy magisterskiej i kilka swojej powieści. Uwielbiam działanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz