Po ostatnich paskudnych wpisach, przyszła pora na chwilę refleksji. Przede wszystkim... dzisiejszy dzień był całkiem przyzwoity pod względem mojego ukochanego działania. Niemal skończyłam poprawiać drugi rozdział pracy magisterskiej. W dodatku ćwiczyłam dzisiaj godzinę (i jutro też chcę). A co najważniejsze: wreszcie nie mam tak beznadziejnego nastroju, jak przez ostatnie kilka dni. Tworzenie jest jednak czymś szalenie ważnym.
Będąc w domu napisałam sobie całą listę "niezałatwionych" spraw, które siedzą w mojej głowie. Były najmniejsze bzdury jak jakaś nieprzeczytana książka, albo nieodbyta (a zaplanowana) wizyta, ale pojawiły się też sprawy cięższe: nawrzeszczenie na nieżyjącą babcię, wygarnięcie tego co czułam ex-szefowej, dokończenie pracy magisterskiej, napisanie licencjackiej. Tego naprawdę zebrała się cała masa. Wiem, że to takie "dziecinne", ale mam wrażenie, że jeśli uda mi się wreszcie chociaż część z nich rozwiązać, to uda mi się też nadać swojemu życiu sens i znaczenie. Przestanę wreszcie w e g e t o w a ć, a zacznę istnieć. To spora różnica.
Słowa to chyba jedyny oręż, który mam. Tak, brzmi strasznie banalnie, ale to prawda. Z wieloma sprawami udało mi się rozprawić właśnie dzięki nim, dzięki ich sile i mocy.
Powoli chyba uda mi się "dokończyć" moje sprawy. Musi się udać, prawda?
Ps: dzięki niedoszłemu zamachowi bombowemu nie poszłam w poniedziałek na spotkanie z psychologiem. Kochany człowiek, przełożył je na sobotę!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz